Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Zmierzch państw narodowych czy zmierzch globalizacji?

2018-03-16

Barbarzyńca wierzy bez badania, nie wątpi ani o swoim prawie, ani o swoich Bogach.

Konstanty Grzybowski (1901-1970)

Rozbijanie państw narodowych było jednym z głównych zadań globalizacji. Państwa narodowe i ukształtowane historycznie więzi kulturowe, społeczne i ekonomiczne stanowiły główną barierą utrudniającą realizację hegemonii globalnej.

Nie można się dziwić, że rozbijanie państw narodowych stało się przekleństwem wielu krajów, zwłaszcza europejskich. Polska była również obiektem zastosowania „standardowych” metod rozbijania struktur państwowych i narodowych, co niestety spotykało się z niedostateczną i znacznie spóźnioną reakcją ze strony polskich środowisk opiniotwórczych. Pod tym względem było  gorzej, niż się na ogół sądzi. Polskie środowiska opiniotwórcze znalazły się w pułapce bezkrytycznego przejmowania koncepcji i wzorców służących niszczeniu historycznie ukształtowanej państwowości  polskiej. Mimowolnie stały się najbardziej bezwładnym intelektualnie narzędziem ich upowszechniania, zamiast być ośrodkiem sprzeciwu wobec tych wysoce szkodliwych czynników rozkładowych.

Ważnym i mającym wieloletnie „osiągnięcia” procesem ideologicznego rozbijania państwowości polskiej było przeniesienie na polski grunt koncepcji „zmierzchu państw narodowych”. Jest to głównie anglosaski produkt politologiczny, którego najważniejsze cechy streścić można w trzech prostych punktach. Po pierwsze, iż państwa narodowe są wytworem stosunkowo nowym, gdyż powstałym zaledwie kilka wieków temu. Po drugie, iż państwa narodowe są formą przejściową, więc zasadne jest pytanie o zmierzch państwa narodowego. Po trzecie, iż proces globalizacji uzasadnia wątpliwość co do możliwości dalszego trwania państw narodowych, a nawet dowodzi ich nieprzydatności.

Siła argumentacji uzasadniającej wszystkie trzy wspomniane punkty wynika z wprowadzenia do obiegu publicznego przekonania, że współczesna zachodnia politologia jest dziedziną naukową (a więc nacechowaną obiektywizmem), czyli nie ulega wpływom ideologicznym. Na polskich uniwersytetach są wydziały politologii, będącej formalnie uznanym kierunkiem studiów wyższych. Wśród ekspertów wspierających gremia polityczne w Polsce politolodzy zajmują prestiżowe miejsca. Komentują wydarzenia krajowe i międzynarodowe w mediach znacznie częściej, niż przedstawiciele innych uznanych kierunków akademickich.

Czy zatem jest to jedynie fasada, za którą kryją się wpływy ideologiczne?

Pierwsza konfrontacja
Przeciętny Polak powinien przecierać oczy ze zdumienia. Od dawna jest wychowany i umocniony w przeświadczeniu, że Polska liczy sobie ponad 1000 lat (od dziejowego Chrztu Polski). I oto dowiaduje się od politologów zagranicznych oraz ich polskich epigonów, że historia narodu polskiego obejmuje może raptem dwa wieki, zaś  państwa polskiego zaledwie wiek!. Pominiemy tutaj skutki psychologiczne wynikającej z tej manipulacji destrukcji świadomości społecznej, w tym kreowanie poczucia niższości wobec innych narodów. Więcej uwagi powinniśmy poświęcić konsekwencjom dokonującej się  rewizji historii Polski w dziedzinie edukacji i wychowania. Są one bardzo dobrze widoczne. Najbardziej widoczne są tzw. „zmiany programów nauczania” , a ściślej mówiąc – eliminowanie historii Polski z programów szkolnych. Równie widoczne jest odrzucenie „balastu” narodowego w polityce, mediach, a nawet w kulturze, czyli neutralizowanie świadomości narodowej. W ślad za tym idzie walka z „polskim nacjonalizmem”. Jeszcze więcej uwagi powinniśmy skoncentrować na praktyce wprowadzania prawa zewnętrznego, a także  ograniczania do minimum krajowej regulacji prawnej. Nie ulega wątpliwości, że była to praktyka legislacyjna likwidacji suwerenności państwowej i narodowej. Był to zarazem fragment procesu de-instytucjonalizacji państwa polskiego; usprawiedliwiany globalizacją oraz zmierzchem (lub niską efektywnością) państw narodowych.

Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że był to zaprogramowany, a nie spontaniczny, proces wynarodowienia Polaków. Wynarodowienie i depopulacja połączyły się w jeden nurt agresji wobec Polski.
   
W tej publikacji ograniczymy się do konfrontacji  poglądów zagranicznych politologów, którzy rzekomo odkryli  „krótki żywot” Polski  jako państwa i narodu z wiedzą polskich historyków państwa i prawa,  ukazujących ponad tysiącletnią historię Polski jako państwa i narodu. Zaznaczmy, iż mówiąc o Polsce jako państwie i narodzie odgradzamy się  od  górnolotnych, nacechowanych obłudą  haseł  o „miejscu Polski w Europie”, a tym bardziej nie chcemy nikomu dać okazji usprawiedliwiania idei antynarodowych. Już widzimy niewinne miny politologów, którzy są „jak najbardziej” za Polską, ale w „nowoczesnym kształcie” (pozbawionym państwowości i podmiotowości narodowej).

Jak wspomnieliśmy, mamy do czynienia z przeniesieniem na polski grunt obcych koncepcji politologicznych. Gdyby koncepcje te miały uniwersalne znaczenie, czyli obejmowały wszelkie procesy kształtowania się i rozwoju państw narodowych, moglibyśmy je traktować poważnie. Ale tak nie jest, gdyż poszczególne państwa narodowe przebyły różne drogi. Z pewnością drogi Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych rozchodzą się między sobą i z pewnością zdecydowanie różnią się od drogi Polski. Elementarny krytycyzm powinien więc podpowiadać, że koncepcje państwa narodowego nie mogą rościć sobie prawa do uniwersalności. W jaki sposób więc pojawiło się takie roszczenie? Przede wszystkim przez transmisje tych koncepcji z jednych krajów do innych; m.in. z Zachodu do Polski. Epigonizm naukowy jest tutaj silnikiem, dzięki któremu taka transmisja jest możliwa.

To nie wystarczało. Na przeszkodzie takiej transmisji stała bowiem bogata rodzima wiedza historyczna i prawna, która dokumentuje rzeczywisty proces kształtowania się państwowości polskiej i narodu polskiego. Toteż warunkiem sukcesu wspomnianej transmisji jest ignorancja w zakresie rodzimej nauki, a jeszcze bardziej pogardliwy stosunek do jej osiągnięć. W latach komunizmu zjawisko ignorowania rodzimego dorobku naukowego i nieskrywanej pogardy wobec „przedwojennej nauki burżuazyjnej” przyjęło formę cenzury, dyskryminacji i fizycznego eliminowania najwybitniejszych postaci polskiego świata naukowego. Zjawisko to utrzymuje się do dnia dzisiejszego.

Jednym z bardziej znanych zwolenników zmierzchu państw narodowych w Polsce jest politolog prof. Stanisław Bieleń, uczeń prof. Józefa Kukułki, który odegrał główną rolę w imporcie do Polski koncepcji „zmierzchu państw narodowych” (chociaż ostrożniejszym i mniej bezkrytycznym od swego nauczyciela). Ponieważ musimy ograniczyć się tutaj do kilku zaledwie wypowiedzi naukowych, dobrą okazję stworzyło do tego opublikowanie przez prof. Bielenia tekstu „Co się stanie z państwem narodowym”  („Polityka Polska” październik/ 2015). Co najbardziej zastanawia  w tym  tekście, to fakt, iż autor wymienia w nim 12 nazwisk, w tym tylko jedno nazwisko polskiego naukowca (Janusza Simonidesa). Olbrzymi dorobek polskiej myśli historycznej i prawnej został więc zignorowany.

Zastanawiające jest już pierwsze zdanie wspomnianej publikacji. „Idee i koncepcje są nierozerwalnie związane z historycznym,  społecznym i intelektualnym kontekstem, w jakim powstawały, nie mają więc charakteru ponadczasowego. Taki los może spotkać koncepcję państwa narodowego…” Pierwsze zdanie nie budzi poważnych zastrzeżeń i mogłoby być rozwinięte w taki sposób, aby uwzględniało nie tylko wymiar czasowy, lecz także przestrzenny (idee i koncepcje nie mają charakteru uniwersalnego). Drugie zdanie nie budziłoby również sprzeciwu, gdyby trzymać się sformułowanych w nim słów, iż chodzi o koncepcje państwa narodowego, a nie o rzeczywistość państw narodowych. Koncepcje państwa narodowego mogą być różne w zależności od upodobań konceptualistów. Gdy jednak zamiast koncepcji  pojawia się rzeczywistość, sytuacja ulega radykalnej zmianie. „Palec jest po to, aby wskazywać księżyc; jakaż wielka bieda stać się może, jeśli komuś pomyli się palec z księżycem” – mówi japońskie przysłowie. Wypowiedź jest niejednoznaczna. Dalsze zdania dowodzą, że nie chodzi o koncepcje, lecz o rzeczywistość państw narodowych.

Taki punkt widzenia nie jest nowym pomysłem. Jeżeli przyjmiemy, że państwa narodowe powstały jako rezultat wcielenia w życie koncepcji politycznej, to można przyjąć (z wieloma zastrzeżeniami), że również jest możliwe  wprowadzenie w czyn nowej, lepszej koncepcji państwa. I rzeczywiście, koncepcja państwa narodowego jako wcielanego w życie pomysłu (władcy) okazała się jedną z dwóch najbardziej popularnych koncepcji omawianych w teorii zmierzchu państw narodowych.

W ogólnym zarysie koncepcja ta polega na jednoczeniu siłą (drogą podboju) sąsiednich plemion i ich przeobrażenie w jednolity naród.

Problem polega na tym, że jest to koncepcja całkowicie sprzeczna z procesem kształtowania się polskiego państwa narodowego. Prof. Konstanty Grzybowski poświęca temu problemowi sporo uwagi, a jego argumenty na szczęście nie dają się schować w archiwum. „Czy państwo (polskie – AŚ) było dziełem władców, najpierw umacniających swą władzę nad jednym plemieniem, a potem jego siłami, ale nie z jego inicjatywy, podbijających inne plemiona Polski? Czy państwo było dziełem jednego z tych plemion, aktywnego pod kierownictwem swego władcy i włączającego w swój zasięg inne plemiona? Czy też było wspólnym dziełem wszystkich plemion na nie się składających, czy świadomość konieczności połączenia się i świadomość wspólnoty, a nie podbój przez jeden ośrodek, były czynnikiem decydującym dla powstania państwa?”. Grzybowski  daleki jest od formułowania arbitralnych odpowiedzi, tak charakterystycznych dla zwolenników teorii zmierzchu państw narodowych. Przede wszystkim podkreśla fakt podstawowy, że już od zarania ( a nie dopiero np. w XIX wieku) państwo polskie było jednością ponadplemienną i za takie było wówczas uznawane. Wskazuje na szereg danych potwierdzających powstanie ogólnopolskiej wspólnoty narodowej. Pisze m.in.: „Nie istniał, jak u wielu plemion germańskich po wędrówkach ludów, tytuł władcy od plemienia czy narodu, który pod jego władzą podbił inny naród. Władca ten był królem tylko swego ludu, dla podbitych – panem. Jest to świadectwo jednolitości etnicznej w Polsce”.

Tymczasem Bieleń stwierdza: „Państwo narodowe jest doświadczeniem zaledwie kilku stuleci w Europie”. Istotnie, jest względnie nowym doświadczeniem, lecz w niektórych pozostałych krajach europejskich: w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. W tych krajach ostre różnice i odrębności plemienne, zwłaszcza językowe, zostały zniwelowane stosunkowo późno. Nie obyło się to bez przemocy i agresji.

W cieniu globalizacji
W odróżnieniu od Kukułki jego uczeń trzyma o wiele większy dystans do koncepcji zmierzchu państwa narodowego. Wyraźnie odcina się od „naukowców” piętnujących państwa narodowe. Przytacza bez komentarza wypowiedzi, iż „idea państwa nie jest nieodzowna dla ludzkiego życia, ani nie zasługuje na najwyższy szacunek”, jednak dystansuje się wobec poglądów deprecjonujących znaczenie państwa.

W pewnym momencie przytacza pogląd, iż „państwa narodowe nie znikną, ale stopniowo przestaną być jedyną strukturą władzy suwerennej. Państwo nie jest już wszechobecne zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.

To niewątpliwie mniej zużyty kierunek myślenia o państwie narodowym, który uwzględnia dążenia globalistyczne. W tym zakresie wypowiedzi Bielenia można odczytać jako dobre wprowadzenie do dyskusji nad konsekwencjami globalizacji dla państw narodowych. Taka dyskusja jest z pewnością w Polsce niezwykle potrzebna. Bieleń przedstawia rzetelny opis ograniczeń, na które napotykają państwa narodowe w procesie globalizacji, chociaż zbyt beznamiętnie.

Bieleń wskazuje na fakt, który wielu politykom i ekonomistom umyka z pola widzenia, że ośrodkom globalistycznym państwa są niezbędne. Pisze, iż „deregulacja rynku czy prywatyzacja sektorów publicznych jest możliwa wyłącznie przy udziale silnego państwa, sankcjonującego ład prawny, modernizującego instytucje nadzoru i ucisku, na przykład przez uszczelnianie kontroli granic i ochronę przed terroryzmem”. Warto to rozszerzyć, gdyż nie widać jeszcze dylematu, jaki powstaje wskutek ograniczenia suwerenności państwa i potrzeby wzmocnienia jego siły. To i tamto na użytek centrów globalizacyjnych.

Przemiany państwa (już raczej nie narodowego) Bieleń widzi jako „nie tyle kryzys, ile fundamentalną zmianę i określenie na nowo roli państw i rządów w uwarunkowaniach epoki globalnej”. Jest to, naszym zdaniem, bardzo ryzykowane stwierdzenie, ponieważ nie bierze pod uwagę podstawowego faktu. Tym faktem jest wielki kryzys globalny, będący rezultatem „procesu globalizacji”. Bieleń nie jest jedynym, którzy do globalizacji podchodzi bezkrytycznie. Naszym zdaniem globalizacja nie była i nie jest integrującym państwa procesem historycznym, lecz destrukcyjną polityką ośrodków globalizacyjnych, które wywołały obecny, największy w nowożytnej historii kryzys globalny. To nie wyraz konieczności  dziejowej, lecz nadużycie potęgi finansowej, militarnej i informacyjnej. Z tych ośrodków pochodzą ataki na państwa narodowe. Państwa i narody nie powinny się dostosowywać do dyktatu ośrodków globalnych, gdyż jest to beznadziejne. Powinny się bardziej skutecznie bronić.

Konkluzja Bielenia jest bez zarzutu: „Pozostaje bowiem ciągle aktualne stwierdzenie, że od właściwego zrozumienia statusu i aktywności państwa zależy poznanie natury życia międzynarodowego i prawidłowości jego ewolucji. Wiele wskazuje na to, że tradycyjne państwa pozostaną podstawową jednostką stosunków międzynarodowych w przewidywalnej przyszłości, chociaż mogą one przestać zachowywać się w tradycyjny sposób”.

Do  właściwego zrozumienia statusu i aktywności polskiego państwa jest jeszcze daleko.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie

Biuletyn EEM nr 5/2018 (56)