Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Nowy nacjonalizm gospodarczy (cz.2)

2019-05-21

Jesteśmy obecnie świadkami zaskakujących i trudnych do zrozumienia wydarzeń rangi światowej, takich jak Brexit, ostre symptomy upadku Unii Europejskiej, a zwłaszcza spory i ekscesy wokół prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Poznanie fenomenu nowego nacjonalizmu gospodarczego jest sprawą kluczową dla zrozumienia tych wydarzeń i szeregu różnych przetasowań politycznych i gospodarczych o znaczeniu globalnym. Częściowo można dojść do takiego wniosku czytając pierwszą część niniejszego tekstu. Skoro bowiem nowy nacjonalizm gospodarczy jest, jak pisaliśmy, nasilającą się w wielu krajach reakcją obronną na globalny kryzys ekonomiczny, wymierzoną głównie przeciwko oligarchii finansowej, a także forsowanej przez nią doktrynie neoliberalizmu, dotykamy istoty globalnego konfliktu. Jest to bowiem konflikt między światową oligarchią finansową, a dławionymi przez nią aspiracjami narodowymi.

Pierwsza część tekstu stanowiła ogólne wprowadzenie do omawianych zagadnień. Teraz możemy przejść do konkretnych aspektów nowego nacjonalizmu gospodarczego, rozpoczynając od najbardziej zagadkowej „sprawy Donalda Trumpa”. Ponieważ wielu przekonań i projektów nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych nie można jeszcze rozszyfrować, musimy z konieczności poruszać się ostrożnie.

Już w trakcie jesiennej kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych pojawiły się zapowiedzi radykalnie zrywające z bezwzględnym potępieniem protekcjonizmu państwowego. Szczególnie znamienne wydają się słowa Trumpa wygłoszone na spotkaniu z wyborcami w Karolinie Północnej: „Firmy opuszczają nasz kraj, jak nigdy wcześniej. Idą na całego. One wyjeżdżają do Meksyku …”. Trump przytacza przykład firmy transportowej „Carrier” specjalizującej się w systemach ogrzewania, klimatyzacji i chłodnictwa, która przenosi produkcję klimatyzatorów do Meksyku. Trump zapowiada wprowadzenie 35 procent cła od każdego klimatyzatora sprowadzanego do USA!. To jest klasyczny protekcjonizm. Trudno dziwić się, że wywołuje wzburzenie wśród zwolenników liberalizmu. Chodzi także o głośne sugestie Trumpa, iż chce wyłączyć Stany Zjednoczone z Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO), jeżeli nie zgodzi się ona na renegocjację warunków handlowych. Należy pamiętać, że WTO jest najbardziej bezkompromisowym przeciwnikiem protekcjonizmu handlowego.

Znane jest również nieprzejednane stanowisko Trumpa w kwestii polityki imigracyjnej, jaskrawo naruszające zasadę swobodnego przemieszczania się ludności (tzw. „otwartych granic”). Toteż widzimy, że Trump kwestionuje trzy główne filary globalizacji: swobodny przepływ kapitału, swobodny przepływ towarów i usług oraz swobodny przepływ osób. Jest to podyktowane określonym punktem widzenia, który sprowadza się do nadrzędności narodowych interesów gospodarczych nad interesami gospodarczymi krajów trzecich. Trudno o lepszy przykład zakwestionowania dominującej wcześniej, internacjonalistycznej polityki ekonomicznej.

Re-industrializacja według Trumpa
Wśród wielu oświadczeń i wypowiedzi Trumpa przebija dążenie do przywrócenia Stanom Zjednoczonym potencjału przemysłowego, którego zniszczenie według niego jest pokłosiem globalizacji. Wiele wskazuje na to, że jest to dążenie autentyczne. Jego zdaniem: "Nasi politycy prowadzili agresywną politykę globalizacji – przemieszczając naszą pracę, nasze bogactwo i nasze fabryki do Meksyku i za morze". Zapowiada, że jego polityka ekonomiczna doprowadzi do „przywrócenia produkcji” w Stanach Zjednoczonych. Kładzie silny akcent na utratę miejsc pracy w przemyśle. Obiecuje stworzenie milionów nowych miejsc pracy, często wskazując na własne osiągnięcia w tym zakresie (czym zyskuje przychylność zdegradowanej ekonomicznie klasy robotniczej).

Innym, bardziej rozwiniętym, jest projekt rozwoju infrastruktury (zwłaszcza budowy dróg i mostów), łączący elementy planowania przestrzennego z wysokimi bonusami i ulgami podatkowymi dla przedsiębiorców budowlanych. Trump niejako wraca do programu robót publicznych, opracowanego w ramach „Nowego Ładu” Roosevelta z okresu Wielkiej Depresji (1929-1933). Na własnej stronie internetowej Trump zamieszcza następujące oświadczenie: „Przekształcenie rozpadającej się amerykańskiej infrastruktury jest doskonałą okazją do przyspieszonego wzrostu gospodarczego i szybszego wzrostu wydajności…” . Mówi o polityce, która będzie wspierać inwestycje transportowe, zaopatrzenie w czystą wodę, niezawodne sieci energetyczne, telekomunikacyjne i infrastrukturę dla bezpieczeństwa narodowego. Zwraca również uwagę na potrzebę rozbudowy infrastruktury lotniczej.

Re-industrializacja nie jest możliwa do przeprowadzenia w okowach neoliberalnej doktryny ekonomicznej (warto to również przypomnieć polskim politykom). Jest to bowiem doktryna minimalizująca znaczenie interesów narodowych i wprowadzająca zasady internacjonalistycznej polityki ekonomicznej, które Trump zdecydowanie łamie.

Trump w kwestii międzynarodowych stosunków gospodarczych
Najbardziej radykalne posunięcia przedwyborcze Trumpa dotyczą międzynarodowych stosunków gospodarczych. Zamierza on bowiem całkowicie przebudować stosunki Stanów Zjednoczonych z innymi krajami i blokami politycznymi pod kątem nadrzędności interesów ekonomicznych Stanów Zjednoczonych, co pociąga za sobą równie radykalne przetasowania geopolityczne. Na pierwszy ogień idą międzynarodowe porozumienia handlowe. Do przeciętnych Amerykanów najbardziej trafia krytyka porozumienia z Meksykiem i Kanadą (NAFTA). Jego zdaniem „NAFTA była najgorszą w historii umową handlową dla tego kraju (od red. USA) – zaś wejście Chin do Światowej Organizacji Handlu umożliwiło największą w historii kradzież zatrudnienia” (wypowiedź z 28 czerwca 2016 r. w Pensylwanii). Pod kolejnymi ciosami pada przyszłość ratyfikacji TTP (porozumienia USA z jedenastoma krajami w Ameryce, Azji, Australii i Południowej Zelandii) oraz ciesząca się niezasłużonym poparciem władz polskich TTIP (porozumienie o wolnym handlu USA - UE). Jest to uderzenie w wielkie korporacje międzynarodowe, które dzięki tym umowom chciały wzmocnić i usankcjonować własne wpływy gospodarcze w świecie.

Trudnym do zlekceważenia czynnikiem „biznesowego podejścia” Trumpa do kwestii międzynarodowych było wysunięcie postulatu racjonalizacji wydatków wojskowych (przy jednoczesnym wzmocnieniu potęgi militarnej USA). Wyrażało się to szczególnie dobitnie w zapowiedzi ograniczenia wydatków na NATO wraz z zastrzeżeniem, że jeśli alianci potrzebują wsparcia USA, muszą ponosić większy ciężar finansowy. Trump rzucił przykład Japonii, której obrona ma charakter jednostronny. Japonia nie przyczynia się do wzrostu bezpieczeństwa zewnętrznego Stanów Zjednoczonych. Zauważono, że jest to jednak głównie problem dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym zwłaszcza dla Polski, ponieważ oznacza odmowę bezwarunkowego poparcia w sytuacji zagrożeń zewnętrznych.

Polityka twardego dialogu, która ma zastąpić politykę sankcji i konfrontacji militarnej z Rosją, jest konsekwencją wspomnianego „biznesowego podejścia”, a nie osobistych stosunków z Kremlem. Uwagę powinien przykuwać fakt, że z tych pozytywnych stosunków wydają się być całkowicie wyłączone Chiny, którym Trump faktycznie wypowiada wojnę handlową.

W tym duchu można interpretować słowa Trampa: „Chciałbym, aby zapewnić społeczności międzynarodowej, że gdy będziemy zawsze dawać pierwszeństwo interesom Ameryki […] będziemy szukać wspólnej płaszczyzny, a nie wrogości”.

Czym jest nacjonalizm gospodarczy Trumpa?
Niewątpliwym sukcesem Trumpa jest złamanie dominacji doktryny neoliberalnej i odsłonięcie prawdziwej twarzy oligarchii finansowej, a pośrednio - podważenie wiarygodności neoliberalnej machiny propagandowej.

Oczywiście, nie należy naiwnie oczekiwać, że miliarder Trump, który zalicza się do tzw. jednego procenta (sztandarowe określenie tzw. ruchu oburzonych w Stanach Zjednoczonych), wyłamuje się z amerykańskiej oligarchii. Fakt, że potrafił zebrać na swoje żagle niezadowolenie społeczne i niechęć do oligarchii finansowej wcale nie świadczy, że inicjuje nowy etap polityki anty-systemowej. Również ostrość i nadzwyczajna brutalność reakcji większości politycznych gremiów w Stanach Zjednoczonych i Europie nie dają dostatecznej podstawy do przypisywania mu postawy rewolucyjnej. Reakcje te (również wśród polityków polskich) wymagają gruntownego wyjaśnienia. Wiele tłumaczy fakt, że kilku wpływowych nominatów Trumpa wywodzi się z potężnej korporacji finansowej Goldman Sachs.

Sensacyjne wypowiedzi, jakoby w trakcie wyborów prezydenckich w USA dokonała się rewolucja anty-globalistyczna, są przesadne. Do takich wypowiedzi należy m.in. opinia kanadyjskiego profesora socjologii Mathieu Bock-Cote, który analizując w „Le Figaro” (listopad 2016) zaskakujące zwycięstwo Trumpa, słusznie kwestionuje popularny pogląd, jakoby był on „symptomem nędzy politycznej i kulturowej” amerykańskiego imperium. „Czy powinniśmy mówić o szczęśliwym końcu globalizacji? – zastanawia się wspomniany profesor. Być może powinnyśmy powiedzieć, że nigdy nie była ona pozytywnie postrzegana przez klasę robotniczą i klasę średnią. Ale ich dolegliwości nie były traktowane poważnie (…). Świat jednym wydaje się umierać, innym wydaje się rodzić. Rewolucja Trumpa jest pod wieloma względami tworem anty-systemowego referendum”. Sporo przesady.

W dyskusjach wokół znaczenia zwycięstwa „populistycznego” Trumpa zazwyczaj nie brany jest pod uwagę poważny rozłam w elicie politycznej Stanów Zjednoczonych, chociaż zacietrzewienia konkurujących o fotel prezydenta kandydatów nie sposób sprowadzić do teatralnych gestów. Był to rozłam, który wyznacza Trumpowi rolę reprezentanta jednej z dwóch zwalczających się stron.

Strony te możemy określić umownie jako „globaliści” i „nacjonaliści”, chociaż określenia te są zbyt ogólne, by odsłaniały istotę rzeczy. Dlatego bardziej przydatna może być inna para określeń, aczkolwiek nie pozbawionych ironii. Po jednej stronie mamy potężny układ oligarchii finansowej, która wyróżnia się dążeniem do hegemonii globalnej; określanej nieprzypadkowo mianem „właścicieli pieniądza”. Natomiast po drugiej stronie znajduje się spora grupa posiadaczy i udziałowców wielkich korporacji przemysłowych, a także nieruchomości, którą można opatrzyć mianem „ właścicieli realnego kapitału”. Trump po zwycięstwie wyborczym jest niekwestionowanym liderem „właścicieli realnego kapitału”.

Rozpad „elity światowej”
Powszechnie wiadomo, że głównym czynnikiem awansu politycznego i materialnego Stanów Zjednoczonych w drugiej połowie ub. wieku był proces ekspansji pieniężno-kredytowej. Proces ten doprowadził do kryzysu finansowego w 2007 roku, którego istota sprowadza się do schwytania wielu państw, w tym Stanów Zjednoczonych, w pułapkę zadłużenia. Obecnie dług publiczny Stanów Zjednoczonych wynosi ponad 19,5 biliona dolarów, czyli niemal jedną trzecią łącznego niebotycznego zadłużenia świata! „Właściciele pieniądza” przeistoczyli się w globalnego wierzyciela, który hamuje, destabilizuje i niszczy gospodarki zadłużonych krajów, w tym oczywiście również gospodarkę Stanów Zjednoczonych. Przykład Grecji jest najbardziej jaskrawy, lecz bynajmniej nie jedyny.

Natomiast „właściciele realnego kapitału” za wszelką cenę pragną dobrej koniunktury gospodarczej. Czekają na nią już ponad piętnaście lat. Tymczasem zamiast dobrej koniunktury otrzymali w prezencie od „właścicieli pieniądza” globalny kryzys ekonomiczny, z którego nadal nie ma wyjścia.

Interesy dwóch odłamów oligarchii światowej okazały się ewidentnie sprzeczne, o czym szerzej pisaliśmy w publikacji „ Rozkład i degradacja «elity światowej» (cz. I)” w internetowym biuletynie „Europejski Monitor Ekonomiczny” w kwietniu 2016 roku. Możemy przytoczyć krótki fragment: „Wspomniana sprzeczność wewnętrzna polega na tym, że silna ekspansja pieniężno-kredytowa oraz przejęcia kapitałowe z natury rzeczy destabilizują gospodarki zadłużonych i «prywatyzowanych» krajów, zaś utrzymanie i powiększanie kapitału wymaga stabilnych warunków ekonomicznych. Zewnętrznym wyrazem tej destabilizacji, który lepiej ukazuje omawianą sprzeczność, jest pogarszanie koniunktury ekonomicznej wskutek nadmiernego zadłużenia krajów podporządkowanych ekspansji pieniężno-kredytowej «elity światowej» z jednej strony, i dążenia do poprawy efektywności wykorzystania kapitału z drugiej strony. Wiadomo, że w warunkach pogarszającej się koniunktury w skali makroekonomicznej możliwości osiągnięcia pożądanej efektywności inwestycji kapitałowych ulegają zmniejszeniu”. Inwestorzy rozglądają się za miejscem, gdzie można by znaleźć lepsze perspektywy zysku lub schować kapitały. Związek tej sprzeczności z globalnym kryzysem systemowym jest oczywisty.

Trump i schizofrenia polityczna w USA
Problem polega na tym, że częściowo interesy finansistów i inwestorów przenikają się wzajemnie. W Stanach Zjednoczonych dzieje się to co najmniej od początku obecnego wieku za sprawą uchylenia ustawy Glass-Steagall Act przez administrację Billa Clintona, która rozgraniczała działalność banków i firm inwestycyjnych. Ustawa została wprowadzona w następstwie Wielkiego Kryzysu 1929-1933 w przekonaniu, że należy uniemożliwić bankom komercyjnym podejmowanie ryzykownych inwestycji. Jej uchylenie uderzyło zwłaszcza w małe firmy, podlegające wzmożonym przejęciom kapitałowym. Wielu komentatorów twierdzi, że już wcześniej ustawa była martwa (od siebie dodamy, że jej uchylenie stanowiło jedynie uroczystość pogrzebową). Obecnie funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych 50 funduszy inwestycyjnych, które są kontrolowane przez potężny bank inwestycyjny Stanley Morgan. Wykupywały one wszystko, co dało się wykupić, także w Polsce. Fala zamiany dolara na realne wartości przybrała na sile w postaci przejęć kapitałowych w latach 1990-2005 w postaci tzw. „prywatyzacji” majątku krajów postkomunistycznych, generując w tych krajach nowe odłamy ‘właścicieli realnego kapitału” (miejscowych oligarchów). Globalny kryzys ekonomiczny zapoczątkował kolejną falę; masowe przejmowanie kapitałów narodowych przez zagranicznych wierzycieli.

Sa to ważne spostrzeżenia. Fuzja kapitału bankowego i inwestycyjnego okazała się połączeniem dwóch skrajnie sprzecznych ze sobą opcji: poszukiwania korzyści finansowych kosztem działalności realnej i wymogiem uzyskiwania korzyści z działalności realnej. Ta druga opcja była konsekwentnie ignorowana, dopóki kolejne przejęcia kapitałowe łagodziły spadek zysków z działalności realnej. Takie jest najważniejsze źródło schizofrenii politycznej w Stanach Zjednoczonych. Wybór Trumpa jest nie tylko wyborem społeczeństwa amerykańskiego, lecz także wyborem wpływowej części amerykańskiej „elity politycznej”, która zdaje sobie sprawę ze schizofrenicznej sytuacji.

Pod współczesnym nacjonalizmem gospodarczym, który obecnie dochodzi do głosu w Stanach Zjednoczonych, kryje się ograniczenie wpływów „właścicieli pieniądza”, w tym zwłaszcza tych, którzy myślą o likwidacji państw narodowych i ustanowieniu rządu światowego. Jest to kierunek, według którego państwo narodowe jest nieodzowne dla pokonania kryzysu w Stanach Zjednoczonych, zaś uciekanie do iluzji władzy globalnej jest szkodliwe i niebezpieczne.

To jednakże nie oznacza, że kontekst społeczny ma drugorzędne znaczenie. Społeczeństwo amerykańskie nie tylko zademonstrowało sprzeciw wobec dotychczasowej, internacjonalistycznej polityki rządów podporządkowanych „właścicielom pieniądza”, lecz opowiedziało się za nacjonalizmem gospodarczym Trumpa, licząc – może naiwnie - na odrodzenie narodowe.

Głębokie pęknięcie w „głębokim państwie”
Konflikt między „właścicielami pieniądza” i „właścicielami realnego kapitału” dotyka problemu dalszej egzystencji Stanów Zjednoczonych”. Z natury nomadyczni „właściciele pieniądza”, którzy nie mają problemu z błyskawicznym przenoszeniem pieniądza z miejsca na miejsce, nie są zainteresowani losem Stanów Zjednoczonych, czy innych krajów. W każdej chwili mogą swój kapitał przenieść w dowolne miejsce. Ich ambicje sięgają daleko: pragną dla siebie rządu światowego. Ich politycznym ramieniem stali się – rozmieszczeni w licznych instytucjach rządowych – neokonserwatyści, coraz częściej zwani po prostu neoconami. Natomiast „właściciele realnego kapitału” są bardziej związani z miejscem, w którym posiadają swoje majątki. Dla nich Stany Zjednoczone były główną bazą wypadową dla ekspansji rynkowej. Ich nie interesuje władza globalna, lecz silne Stany Zjednoczone. W sukurs „właścicielom realnego kapitału” przychodzą wszyscy, którym losy USA leżą na sercu; w tym nie tylko większość Amerykanów, lecz również wiele poważnych instytucji rządowych. Ten szczególny związek do niedawna był niemal niezauważalny; ujawnił się z całą wyrazistością i siłą dopiero w okresie kampanii prezydenckiej.

Mówiąc o „głębokim państwie” mamy na myśli sieć instytucji, które „kryją się za plecami” tych, czy innych polityków. Sieć ta została rozerwana, a zwalczające się ogniwa zgrupowały się po dwóch stronach barykady.

Prawdopodobnie w innych krajach również mamy do czynienia z podobnym fenomenem „nacjonalizmu”. Również w Polsce niektórzy politycy myślą, że poza nimi nie istnieje żadna siła polityczna, która może zagrozić status quo. W ich przekonaniu prawdziwa jest jedna narracja. To populizm, który niszczy demokrację i prowadzi do faszyzmu. Jak zauważa w publikacji „Populizm jest postępowy” Charles H. Smith: „W «nacjonalizmie gospodarczym» Trumpa populizm jest potencjalnie postępowy dla 95 % ludzi, który nie korzystali z neoliberalnego globalizmu finansowego. Sprowadzanie miejsc pracy i kapitału do kraju nie jest faszyzmem; jest raczej ruchem sprawiedliwości ekonomicznej dla tych 95%, którzy nie odnosili korzyści z globalizacji, offshoringu i swobodnego przepływu kapitału finansowego, czyli z neoliberalnego globalizmu, który był forsowany przez 24 lata…”.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie