Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Jaki jest nasz stosunek do zdrady narodowej?

2018-11-14

Zdrajcą jest nie tylko ten, kto odsłania tajemnice wrogom ojczyzny, lecz także ten, który podczas pełnienia funkcji publicznych, świadomie nie podejmuje niezbędnych kroków w celu poprawy warunków życia ludziom, którymi współrządzi” - Tukidydes (460-398 p.n.e.)

Kluczowym czynnikiem długotrwałej degradacji społecznej i gospodarczej Polski, a w konsekwencji jej obecnego upadku, jest pełzająca antynarodowa polityka rządów sformowanych po 1989 roku. Dzisiaj inicjatorzy i wykonawcy tej polityki tego nie są w stanie ukryć i nawet nie ukrywają. Niektórzy pysznią się zdradą narodową.

Warto zastanowić się nad tym fenomenem. Na początek dziesięć punktów do przemyślenia:

1. Jak traktować masowo pojawiające się obecnie działania antynarodowe? Są one podejmowane w różnych, lecz przemyślanych formach. Jedną z nich jest pomniejszanie znaczenia i zacieranie narodowości w imię europejskości i globalizmu. Takie działania są wyposażone w „argumentację”, która jest w sposób rażący bezwartościowa i dyskwalifikuje pod względem umysłowym ludzi, którzy się nią posługują. Czyli problem nie polega bynajmniej na sporze intelektualnym. Więc na czym polega problem? Działanie antynarodowe w omawianym zakresie jest bezspornie szkodliwe dla poddanych temu działaniu narodów. Żadne ideologiczne pomysły i teorie nie są zdolne wykazać, że ogrom wyrządzanych w ten sposób szkód może być zrekompensowany korzyściami społecznymi, równie pewnymi jak owe szkody. To jest kwestia elementarna, której zrozumienie nie wymaga żadnego wysiłku. Dodajmy jeszcze, że wspomniana „argumentacja” nie jest nowa czy oryginalna, lecz stale – praktycznie zawsze - przewija się przez imperialne dążenia pojawiające się w różnych epokach historycznych. Zasadniczy problem polega na tym, że ludzie z nastawieniem antynarodowym są różni. W ogólnym zarysie można podzielić ich na dwa odłamy.

2. Pierwszy odłam obejmuje ludzi bezpośrednio wyrażających i realizujących aspiracje imperialne lub hegemonistyczne. Są to aspiracje zawsze szkodliwe i niebezpieczne. Jeśli są one wycelowane w konkretne narody, czy w formie dezawuowania ich dorobku kulturowego, czy w formie agresji militarnej lub ekonomicznej, czy postaci przejmowania steru rządów w drodze oszustwa politycznego i szantażu gospodarczego, są to bezspornie wrogowie, którym należy bezwzględnie się przeciwstawiać. Jest to elementarna powinność narodowa. Nie istnieją bowiem żadne racjonalne zasady, także społeczne i religijne, które usprawiedliwiałyby przyjazny stosunek do krajów, instytucji i osób kierujących się dążeniami imperialnymi lub hegemonistycznymi. Do tego dochodzi ważny element: takie dążenia zawierają czynnik obłędu. Ów obłęd powoduje, że stają się nieobliczalni; nie ma też możliwości jakiegokolwiek z nimi dialogu. Część z nich ujawnia skłonności satanistyczne. Są tym bardziej niebezpieczni, im dysponują większymi siłami przemocy. Zawsze jednak ich historia kończyła się dramatem. Tylko w tym sensie zasługują na chrześcijańskie współczucie.

3. Drugi odłam obejmuje tych, którzy występują przeciwko własnemu narodowi. Zawsze są to ludzie głęboko zdemoralizowani. Na ogół jednak rzadko kto zastanawia się nad tym, jakie są konsekwencje tej demoralizacji. Wspomina się niekiedy, że dostają się pod pręgierz opinii publicznej, zwłaszcza tej części opinii publicznej, która uznaje zasady moralne. Problem nie na tym jednak polega, gdyż jednostki i grupy zdemoralizowane nie liczą się z opinią publiczną, lecz kształtują własną „kulturę organizacyjną”, albo nawet usiłują narzucić ją innym. Problem polega na tym, że oszukują sami siebie, zaś demoralizacja pozwala im fałszywie uzasadniać swoją nikczemność. Dlaczego ten problem jest najważniejszy? Ich szkodliwość społeczna wydaje się być o wiele ważniejsza. Tak, ale nie dla nich. Samooszukiwanie polega na dwóch błędnych przekonaniach. Po pierwsze, że podejmowane przez nich szkodliwe działania antynarodowe bezpośrednio ich nie dotykają (a być może przyczyniają się do „życiowego sukcesu”). Po drugie, że nie zostaną ukarani lub potrafią uniknąć kary. Na ich poziomie umysłowym nie jest możliwe zrozumienie wszelkiej perswazji. Tylko ludzie głęboko zdemoralizowani i ograniczeni umysłowo mogą ważyć się na zdradę narodową. Działanie przeciwko własnemu narodowi – jego interesom i warunkom rozwoju – jest z definicji zdradą narodową. Żaden protest ani usprawiedliwienie nie są w stanie tego faktu podważyć. Zdrada narodowa jest przestępstwem najwyższego stopnia, toteż wykracza poza granice ludzkiej tolerancji. Jest zarazem również sprzeniewierzeniem się Bogu, ponieważ narusza istotną więź między jednostką a narodem. I tutaj również na użytek zdrajców przygotowano odpowiednią „argumentację”. Polega ona na fałszywym twierdzeniu, że narodowość jest sprawą wolnego wyboru. Taka „argumentacja” pozornie zwalnia ludzi od osobistej odpowiedzialności za Ojczyznę. Stanowi bowiem niedopuszczalną absolutyzację wolności wyboru. W tym samym stopniu tak pojmowana wolność wyboru zwalnia z odpowiedzialności wobec rodziny, a także od odpowiedzialności przed Bogiem. Niekiedy pozostaje jeszcze odpowiedzialność o charakterze emocjonalnym, lecz jest ona nieuporządkowana i chwiejna.

4. Jednym z najtrudniejszych aspektów działalności antynarodowej jest często zakorzenione w świadomości usprawiedliwienie, iż współczesne realia pozwalają na luźny stosunek do własnego narodu. Chodzi zazwyczaj o zwiększenie skali wymiany międzynarodowej, zwłaszcza w wymiarze demograficznym i kulturowym. Fałszywe wrażenie polega na tym, że nie dostrzega się wcześniejszych, niekiedy znacznie bardziej dynamicznych ruchów migracyjnych i oddziaływań kulturowych. Na czym jednak polega szkodliwość takiego usprawiedliwienia? Jest ona oczywista i bezpośrednio dotyka tych nieszczęśników, którzy niefrasobliwie lub z powodu braku wychowania przyjmują to usprawiedliwienie za dobrą monetę. Szkodliwość ta jest wyrażona w terminie „homogenizacja kultury”. Nie ma żadnego powodu, aby szerzej omawiać jego znaczenie. Jest to de facto określenie regresu, który odtwarza zachowania i więzi barbarzyńskie.

5. Kwestia wymagająca ponownego przemyślenia dotyczy godności człowieka. Chodzi zwłaszcza o niezbywalność tej godności oraz o jej związek z godnością narodową. Panuje bowiem przekonanie (utrwalane niekiedy przez współczesnych nauczycieli teologii katolickiej), że godność człowieka jest jego niezbywalnym przywilejem. Pierwsze nieporozumienie polega na tym, że godność jest przede wszystkim postawą życiową, której zaniechanie powoduje utratę zaufania, a zatem również godności publicznej (zdolności uczestnictwa w życiu publicznym). Jest ona wartością duchową, a zatem zawsze możliwe jest jej zubożenie lub roztrwonienie. Z drugiej strony, godność jest dana każdemu człowiekowi w sensie egzystencjalnym. Tylko w tym wąskim znaczeniu jest ona niezbywalna. Niestety, współczesny indywidualizm doprowadził do absolutyzacji szeroko pojętej godności jako niezbywalnej i „sztywnej” cechy każdego człowieka, co zaprzecza oczywistym faktom, a przede wszystkim przyczynia się do przyjmowania postaw i zachowań niegodnych człowieka.

6. Godność publiczna jest hierarchiczna. Co więcej, kształtuje zdrową hierarchię społeczna, na szczycie której są ludzie godni pełnienia funkcji władczych w imieniu podwładnych. Godność osobista rodzi zaufanie, które jest niezbędne do pełnienia tych funkcji. Ale może być odwrotnie, gdy ludzie niegodni wspinają się na szczyty władzy. Wtedy nieszczęście gotowe. Dlatego „nadawanie” tym ludziom godności w znaczeniu publicznym jest bezsensowne. Jeśli oni sami domagają się poszanowania „z tytułu godności urzędu”, jest to zwykła kradzież i deprecjacja urzędu. Wbrew pozorom, takie działanie jest bardzo szkodliwe, bowiem pozwala ludziom niegodnym, a nawet nikczemnym, przemycać zupełnie błędne i najbardziej szkodliwe dla wszystkich idee i praktyki. Tak to bywa, kiedy zamiast konkretnego rozpoznania ludzi i konkretnych ocen do głosu dochodzą pseudofilozoficzne abstrakcje, które z konkretnymi ludźmi nie mają nic wspólnego, ale pozwalają im na wyrządzanie społeczeństwu nieodwracalnych szkód.

7. Najtrudniejszy jest aspekt religijny, chociaż tak być nie powinno. Wyrządzanie ludziom wielkich szkód w tytułu sprawowania władzy – niezależnie od intencji, poziomu umysłowego i kulturalnego, od warunków czy ograniczeń społecznych, ekonomicznych i politycznych – jest złem. Jeśli zatem owe szkody są olbrzymie i nieodwracalne, niszczące naród, czyli konkretnych ludzi i więzi między nimi, zło jest nadzwyczaj wielkie. Zło jest grzechem, zatem wielkie zło jest wielkim grzechem, zwłaszcza jeśli jest popełniane metodycznie. Stosowany jest wybieg łagodzący krytykę, a ściślej biorąc – kierujący jej ostrze wyłącznie pod adresem abstrakcji (tj. abstrakcyjnie pojmowanego zła). A wtedy nie istnieją źli i grzeszni politycy, prawnicy, przedsiębiorcy, wychowawcy, artyści, złodzieje i prostytutki. Istnieją jedynie grzechy, z którymi nie wiadomo – poza modlitwą - co robić.

8. Jest oczywiste, że taki „klimat tolerancji” oraz wyrozumiałości bardzo sprzyja tym wszystkim, którzy mają agresywny stosunek do narodu, ponieważ zapewnia im minimum aprobaty i legalizacji. Krytyka ich nikczemnych poczynań jest nie tyle niedostateczna, ile niekonsekwentna. To jest jeszcze gorsze. Z jednej strony, są oni „godni potępienia”. Z drugiej strony, są „godni na równi z innymi ludźmi”. Nikt, kto w tej sprawie apeluje o miłość chrześcijańską wobec tych nikczemników, wrogów i zdrajców, nie chce jednak dostrzegać, że miłością należy darzyć przede wszystkim ludzi czyniących dobro. Obdarzając nikczemników ślepą miłością wyrządza się im krzywdę, ponieważ nie hamuje się ich nikczemnych popędów, lecz je oddziela od nich, a ich samych usprawiedliwia. Co to oznacza? Oznacza sprzyjanie rozbestwieniu, ale także ujawnia własny oportunizm. Oczywiście od wszystkich nie można wymagać przenikliwości i gruntownego rozeznania w tym zakresie. Ale można i trzeba wymagać, aby powierzchowne interpretacje były stanowczo zwalczane przez tych, którzy uznają siebie za ludzi prawych.

9. To nie jest nawet mały przyczynek do tematu. Czym dla nas samych jest naród. Na ogół jest on formą naszego bytowania, bez której nie potrafimy się obejść. Z tego względu przeciwstawiamy się niszczeniu narodu, gdyż jest to zarazem niszczenie naszego bytu. Nie wolno więc przykładać ręki do jego niszczenia. Jednak problem dzięki temu wyjaśnieniu wcale nie znika. Godność człowieka (w tym pierwiastkowym, egzystencjalnym wymiarze) jest święta. Jest święta w tym sensie, że umożliwia człowiekowi wejście na drogę świętości, ale oczywiście człowieka automatycznie nie uświęca. Naród również powinien umożliwiać każdemu wejście na drogę świętości, chociaż również nie oznacza to automatycznie uświęcenia narodu. Tym niemniej, naród także w tym zakresie, w jakim realizuje to dążenie do świętości swych członków, jest święty. Nie każdy naród jest więc święty, nawet nie każdy naród chrześcijański jest święty. Takim jest jedynie naród, który kieruje swych członków ku świętości.

10. To jest najwyższy poziom życia narodowego, czyli sakralizacja życia społecznego, odejście od pogaństwa. Ci, którzy twierdzą, że nie potrzebujemy religii w życiu społecznym przeciwstawiają się uświęceniu narodu. Tym samym osłabiają religijny wymiar człowieka, bowiem zwracają społeczeństwo przeciw niemu jako osobie wierzącej i ograniczają warunki dochodzenia ludzi do świętości. Nie musi to być wyraźne na pierwszy rzut oka. Wystarczy „zapomnieć” o sakralizacji życia społecznego, która jest chrześcijańskim obowiązkiem. Już takie pozornie niewinne uchybienie wystarczy, aby nie tylko oddawać „cesarzowi co cesarskie”, lecz oddawać mu bez najmniejszego sprzeciwu losy chrześcijańskiego narodu. I jeszcze dalej, to wystarczy, aby bratać się z wrogami i zdrajcami narodu, którzy z równym zapałem – nieprzypadkowo – zwalczają odrodzenie narodowe, w tym, rzecz jasna, również jego religijność. Nie jest to wiec jedynie nieuporządkowanie myśli religijnej, lecz sprzeniewierzanie się Bogu. Trzeba jasno powiedzieć i przestrzegać, że służba Bogu odbywa się przez służbę narodowi. Nie można bowiem służyć ludziom jako abstrakcyjnej ludzkości, bo takiej ludzkości nie ma. Tym bardziej nie można zwalczać narodu w imię abstrakcyjnej ludzkości, co jest z gruntu fałszywe, kosmopolityczne i niechrześcijańskie.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

 

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie

Biuletyn EEM nr 5/2018 (56)