Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Polityka a ekonomia (cz.I)

2018-11-14

To nie ubóstwo nas nęka, tylko pragnienie bogactwa” – Marek Aureliusz

W polityce nic się nie dzieje przez przypadek. Jeśli coś się stało, możesz być pewien, że było zaplanowane – stwierdzenie to pochodzi od Franklina D. Roosvelta. Jednak nie jest ono do końca czytelne. Słowo „przypadek” jest bowiem wieloznaczne. Jednak tych niejasności można łatwo się pozbyć, zważywszy, że Roosvelt był Amerykaninem. Brak przypadku oznacza u niego, że w polityce wszystko jest pod kontrolą. Kontrola jest najważniejszym atrybutem władzy. Każdy rozkład władzy politycznej jest świadectwem utraty kontroli. Skuteczne decyzje polityczne są rezultatem procesu planowania i kontroli realizacji planów. Nieskuteczne lub pozorne decyzje są wyrazem braku (lub mankamentów) planowania albo braku (lub mankamentów) systemu kontroli.

Wypada z góry uprzedzić, że dotyczy to również jednego z najbardziej pomijanych aspektów polityki, a mianowicie polityki gospodarczej. Ten aspekt polityki zostanie później omówiony szerzej. Ogólnie wiadomo, że polityka pozbawiona aspektu gospodarczego jest słaba i mało wiarygodna. Nie zawsze jest to widoczne dla zewnętrznych obserwatorów, gdyż słabości i niska wiarygodność są maskowane przez teatralne gesty, uroczystości państwowe oraz demonstrację siły.

Z drugiej strony we współczesnej ekonomii liberalnej głęboko zakorzenione jest przeświadczenie, że spontaniczne, niezaplanowane zachowania podmiotów gospodarczych są głównym motorem rozwoju gospodarczego. Najlepszym hasłem są wyskakujące z głowy „innowacje”. Oczywiście w tych stwierdzeniach kryje się sporo uproszczeń; trzeba byłoby przytoczyć tutaj obszerny wykład krytyki mikroekonomii, aby stało się ono bardziej precyzyjne. Nie ma takiej potrzeby. Z ulgą konstatujemy fakt, że ekonomia (wraz z jej podejrzanym podziałem na dwie części: mikroekonomię i makroekonomię) przeżywa dziś ostry kryzys i jest poddawana ostracyzmowi przez największe z jeszcze żyjących sławy ekonomiczne. Toteż wystarczy, że powołamy się na lakoniczne stwierdzenie: "Aby zachować wolność, to jest niezbędne, aby ograniczyć wszelkie uprawnienia w zakresie długoterminowych zasad zatwierdzonych przez ludzi". Jest to niezbyt czytelne stwierdzenie guru współczesnej ekonomii liberalnej Friedricha von Hayeka. Faktycznie zaś ostrzega on przed wpływem zorganizowanych koalicji interesów, kiedy pewne grupy osób, stosunkowo nieliczne (lecz dobrze zorganizowane), mogą narzucić swą wolę większości społeczeństwa, przy użyciu legalnych metod demokratycznych. Wśród takich grup – jego zdaniem - mogą działać stowarzyszenia przemysłowców, związki zawodowe, organizacje producentów rolnych, przedstawiciele wojska, itp. Celem tych grup nacisku na rząd jest uzyskanie pewnych przywilejów dla swej koalicji w porównaniu z resztą ludzi. Dlatego chodzi przede wszystkim o to, aby uprawnienia organów państwowych do obezwładnienia podobnych koalicji nie były przechwytywane przez te koalicje. Zatem ograniczone uprawnienia parlamentu i rządu powinny służyć ograniczeniu siły zorganizowanych grup społeczeństwa. Państwo powinno być pozbawione możliwości promowania grupowych interesów.

To oznacza, że brak polityki gospodarczej ma uniemożliwić promowanie interesów korporacyjnych. Jest to stanowisko skrajnie indywidualistyczne, anty-korporacyjne. Jego rażący brak realizmu ekonomicznego, ciągle słabo zauważany czy lekceważony polega na tym, że ma ono niewiele wspólnego z rzeczywistością gospodarczą. Niezależnie od tego, czy komuś podoba się lub nie podoba ekonomia Fryderyka Lista, jego zarzut wobec ekonomii liberalnej, iż jest ona niezgodna z doświadczeniem praktycznym, nadal pozostaje aktualny. Zorganizowane grupy interesów (i konflikty między nimi) nie znikają dzięki nieingerencji państwa, lecz przeciwnie - mogą swobodnie dążyć do hegemonii gospodarczej, niszcząc po drodze słabsze ekonomicznie lub słabiej zorganizowane grupy interesów, a tym bardziej jednostki niezorganizowane. W miarę osiągania celów hegemonii gospodarczej, zyskują lepsze warunki sięgania po władzę polityczną (co współcześnie zyskało miano „prywatyzacji państwa”).

Ogólny obraz życia politycznego i ekonomicznego staje się wtedy – jak widać – niewyraźny. Nie miałoby to może większego znaczenia, gdyby nie fakt, że polityka i ekonomia zostają od siebie w ten sposób oddzielone. Według powszechnych przekonań polityka jest niepodległym królestwem planowania i kontroli, ekonomia zaś niepodległym królestwem żywiołu (dla jednych) lub dżunglą (dla drugich). Tymczasem nieustannie dochodzą do nas wiadomości z prasy światowej, że między władcami rządzącymi tymi dwoma królestwami istnieją koligacje i zawierane są nowe mariaże.


Oznacza to, że proces przejmowania władzy politycznej przez hegemonistyczne grupy interesów jest silnie zaawansowany i uwieńczony pojawieniem się oligarchii światowej. Statystyka dochodów i majątków pod tym względem jest nieubłagana. Ale też wywołuje ona powszechną kontrakcję (jeszcze słabą, lecz już widoczną). Ta kontrakcja jest błędnie określana jako odrodzenie nacjonalizmu, gdy tymczasem jest to powszechny sprzeciw upokorzonych przez oligarchię światową państw i narodów.

Czy zatem te potężne sieci i korporacje finansowe - których właściciele stanowią rdzeń oligarchii światowej - należą do królestwa ekonomii, w którym panuje wolny rynek, czy należą do królestwa polityki, które opiera się na fundamentach planowania i kontroli?

W przeszłości ogólna odpowiedź na to pytanie była jasna i logiczna. Planowanie i kontrola, to atrybuty władzy politycznej, a zatem tymi funkcjami zajmują się ci, którzy sprawują tę władzę. A władza pochodzi z wyboru, itd. Przedsiębiorcy najbardziej cenią sobie warunki wolnego rynku, a ich sukcesy ekonomiczne wynikają z przewagi konkurencyjnej itd. Taka argumentacja ciągle jeszcze zalega w głowach wielu ludzi, zaś politycy chętnie do niej sięgają, zwłaszcza przed wyborami. Ponieważ ich zdaniem ludzie muszą być przekonani, że wybory mają duże znaczenie. Ta tradycyjna i ,niestety, powszechnie uznawana odpowiedź okazuje się fałszywa.

Polityka nie jest oderwana od ekonomii, a ściśle biorąc – jest zaanektowana (zainfekowana?) przez silne grupy interesów, zwłaszcza przez tworzące oligarchię światową korporacje finansowe. A zatem co się dzieje z ekonomią? Skoro silne grupy interesów zdobyły władzę polityczną, z pewnością nie robią tego w imię szczytnych ogólnoludzkich ideałów. Wprost przeciwnie; kierują się przyziemnym interesem. Dzięki przejęciu władzy politycznej dostają do ręki dwa niezwykle cenne narzędzia jakimi są planowanie i kontrola. Dostają zasoby państwowe. Mogą je wykorzystać do uzyskania dominacji w gospodarce. I rzecz jasna - wykorzystują.

Tak więc odpowiedź na podstawowe pytanie brzmi: zarówno politykę jak i gospodarkę kontrolują wielkie grupy interesów. To nie są niepodległe królestwa. To są różne tereny łowieckie.

***

Poświęciliśmy tej kwestii sporo miejsca, gdyż w ekonomii nadal obowiązuje dwubiegunowy podział: państwo – gospodarka. Jakkolwiek od kilku lat popularność zdobywa współczesna ekonomia polityczna, która podkreśla ścisły związek polityki i gospodarki, że „politycy zajmują się polityką, a ekonomiści gospodarką”.

Jedno oko patrzy w lewo, a drugie w prawo.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

 

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie