Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Narodziny liberalnego klanu. Trzy dni, które wstrząsnęły Polską (cz.3)

2018-08-27

Historia liberalnego klanu w Polsce toczyła się nadzwyczaj brzydko. Odstąpimy na chwilę od relacjonowania przełomowej - wyjątkowo zakłamanej i przesyconej ignorancją ekonomiczną - dyskusji sejmowej w dniach 27-29 grudnia 1989 roku, której rezultaty - w postaci kilku ustaw zwanych później „pakietem Balcerowicza” - zostały w następnych latach wyniesione na wyżyny przełomu ustrojowego w Polsce. Tak się dzieje, że czasem g… zawija się w srebrzystą folię.

Wcześniej chcemy przytoczyć dwie wypowiedzi, dla zwolenników liberalizmu szczególnie nieprzyjemne. Wskazują one na sens legislacji, który wówczas został całkowicie i bezczelnie odrzucony (co trwa do dnia dzisiejszego).

Przewodnią ideą ustawodawstwa społecznego nie jest uchylanie wolnej konkurencji, lecz raczej utrzymanie równowagi sił i interesów społecznych , samodzielności wszystkich warstw, przy zachowaniu samego systemu i jego korzyści. […] Wymiana nie służy do tego, aby jeden drugiego wyzyskał lub oszukał, ale przeciwnie - do tego, aby tak kupujący, jak sprzedający miał z tego korzyść…”.

I druga, nieco dłuższa wypowiedź: „Wolna konkurencja zniszczyła sama siebie; dyktat gospodarczy wyparł wolny rynek; żądza zysku przerodziła się w niepohamowaną ambicję panowania; całe życie gospodarcze stało się tragicznie twarde, bezlitosne i okrutne.

Do tego należy dodać poważne zło, które wynika z pomieszania i haniebnego przenikania się funkcji i zadań władzy publicznej z działaniami w sferze gospodarczej – jako jedno z najgorszych wymienimy faktyczną degradację majestatu państwa, które powinno być jak władca i najwyższy arbiter, wolny od wszelkiej stronniczości i kierujący się jedynie dobrem wspólnym i sprawiedliwością, a stał się niewolnikiem, podległym ludzkim namiętnościom i chciwości ludzi.

A co do stosunków międzynarodowych, z tego samego źródła wypływają dwa sprzeczne nurty. Z jednej strony, nurt nacjonalizmu gospodarczego lub nawet imperializmu gospodarczego; zaś z drugiej strony, nie mniej zabójczy, godny potępienia nurt internacjonalizmu finansowego lub imperializmu międzynarodowego, dla którego ojczyzna jest tam, gdzie jest zysk
”.

Obydwie wypowiedzi są zaskakująco trafne i aktualne. Można je uznać za podsumowanie polskich doświadczeń historycznych z okresu 1989-2018 i starać się wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość. Są to jednak wypowiedzi z okresu międzywojennego, czyli każdy poważny ekonomista, prawnik czy polityk powinien wiedzieć, jaki entuzjazm cechuje współczesnych fanów nieokiełznanej wolnej konkurencji. Są to bowiem ludzie nie znający dorobku myśli ekonomicznej, podchwytujący przestarzałe i skompromitowane melodie, ignorujący fatalne skutki swoich beznadziejnie słabych zaleceń.

Pierwsza cytowana wypowiedź należy do wybitnego polskiego ekonomisty prof. Stanisława Głąbińskiego, druga zaś do Piusa XI. W jednej i drugiej zawarte są przede wszystkim jednoznaczne ostrzeżenia przed płytkim, tendencyjnym i antynarodowym podejściem do ustawodawstwa, z czym właśnie mieliśmy do czynienia we wspomnianej debacie sejmowej z 1989 roku (i przez dalsze niespełna trzydzieści lat). Mając na uwadze pseudo-rewolucyjny, a dokładniej – wywrotowy charakter ustaw z 1989 roku, określanych mianem „pakietu Balcerowicza” lub „terapią szokową”, a także długotrwałość zabójczej dla polskiego społeczeństwa praktyki legislacyjnej, ostrzeżenia te nie powinny być dłużej lekceważone. Brzmią jak memento mori dla liberałów ekonomicznych, od których Polska musi się wreszcie stanowczo uwolnić.

W odbywającym się 27-29 grudnia 1989 roku maratonie sejmowym żadne oficjalne deklaracje i uzasadnienia liberalne ze strony przedstawicieli rządu i posłów nie padły. Na pierwszy rzut oka wydaje się to zaskakujące, ponieważ później uchwalone ustawy głośno propagowano jako wprowadzanie liberalizmu ekonomicznego. Pojawiło się nawet pytanie o planowanie gospodarcze (bynajmniej nie pozbawione sensu): „To pytanie od strony merytorycznej dotyczy rezygnacji z przedłożenia przez rząd Sejmowi oraz Senatowi planu społeczno-gospodarczego… Moje wątpliwości, źródło niepokoju, a więc i przesłanka do zadania tego pytania wywodzi się z dwóch faktów. Po pierwsze – wiele krajów rozwiniętych, w tym zachodnich, utrzymuje plan jako narzędzie realizacji swoich celów społeczno-gospodarczych. Faktem jest, że jest to plan o zupełnie innej formie i zupełnie innym charakterze, ale jest i skutecznie pełni tam swoją rolę” – tłumaczy posłanka Wiesława Ziółkowska (ekonomistka). Z pytania wynika, że posłowie zdają sobie sprawę z tego, że projekty ustaw są oparte na naśladownictwie „rozwiniętych gospodarczo krajów”, a nie na znajomości rzeczy. Nasz pogląd wyraziliśmy wcześniej: Naśladownictwo rodzi przywiązanie i posłuszeństwo. Najgorzej dzieje się wówczas, gdy naśladowcy prześcigają swoich mentorów i mocodawców pod względem cynizmu i głupoty. Większe nieszczęście trudno sobie wyobrazić.

Dowiadujemy się przy okazji od posłanki Ziółkowskiej, że wcześniej „bardzo wielu posłów – w tym również przedstawicieli rządu , m.in. minister Jerzy Osiatyński (wówczas… szef Centralnego Urzędu Planowania – A.Ś) wypowiadało opinię, że jest to rezygnacja jednoroczna, a konieczność rezygnacji z opracowania planu społeczno-gospodarczego na rok 1990 wynika głównie z dwóch przesłanek. Po pierwsze stąd, że nie mamy zasadniczych ustaw, które rysują zręby gospodarki w przyszłym roku; właśnie tych, które przyjęliśmy wczoraj. I po drugie, ze trzeba wprowadzić jednoznaczne i bardzo daleko idące zmiany w trybie i charakterze planu”. Skończyło się to na całkowitym odejściu od planowania społeczno-gospodarczego, które nie zostało przywrócone do tej pory, co nie oznacza, że w Polsce nie ma planowania, gdyż jeśli my nie planujemy, to z pewnością ktoś inny za nas planuje.

Naszym zdaniem, ekonomiści i politycy, którzy nie widzą konieczności planowania gospodarczego są nie tylko ślepi, lecz także bezmyślni. Planowanie jest bowiem naturalnym procesem przewidywania skutków podejmowanych działań; tego nie robią ludzie bezmyślni.

Jak takim to wytłumaczyć?

Banki i dłużnicy
Kryzys ekonomiczny jest zawsze okazją, aby sprawdzić, po czyjej stronie stoi władza polityczna. Najlepiej widać to dzięki uchwalanym ustawom, które albo chronią ludzi przez nadużyciami wierzycieli albo twardo stają po stronie tych wierzycieli. Gdy ustawa wskazuje, że władza opowiada się bezwarunkowo po stronie wierzycieli, zostaje uruchomiony prosty mechanizm eksploatacji; porozumienie między kredytodawcą i kredytobiorcą zazwyczaj kończy się eksmisją kredytobiorcy wraz z rodziną, albo upadłością zadłużonego przedsiębiorstwa. W warunkach kryzysu ekonomicznego jest to żelazną regułą, bowiem kryzys pomniejsza dochody kredytobiorców i potęguje trudności związane z egzekucją należności z jednej strony, oraz zwiększa ryzyko banków (ryzyko strat finansowych) z drugiej strony. Jeśli zatem nic nie stoi na przeszkodzie, banki chętnie odbijają sobie to ryzyko kosztem kredytobiorców. Dzisiaj mamy z tym do czynienia w skali globalnej, ale nie jest to nowe zjawisko. W powojennej Polsce wystąpiło ono po raz pierwszy w 1989 roku, zaś dzisiaj – mając w pamięci kilkuset tysięcy frankowiczów – przeżywamy recydywę. Mniej widoczne, lecz jeszcze bardziej obecnie udoskonalone i rozbudowane, są praktyki niszczenia polskich przedsiębiorstw, dla których przygotowano szereg legalnych i nielegalnych pułapek zadłużeniowych.

Najważniejszy głos w tej sprawie wypowiedział w sygnalizowanej dyskusji sejmowej dyskusji poseł Jan Sroczyński (żołnierz Armii Krajowej, profesor medycyny). Warto przytoczyć jego niezwykle wyważoną i przemyślanej wypowiedź: „Całkowicie zgadzam się, że musimy szukać środków, aby zlikwidować inflację i – powiedzmy – argumenty natury ekonomicznej mnie przekonują. Natomiast ogarnęły mnie wątpliwości, czy działamy zgodnie z zasadą lex retro non agit, czy działamy zgodnie z zasadą o nie działaniu prawa wstecz. Bo musimy sobie wyobrazić, że kredytobiorca zawarł umowę wprawdzie bankową, a nie notarialną, ale na określonych warunkach prawnych, i wyliczył, że jego dochody czy pobory pozwolą na spłacanie kredytu”.
 
W przytoczonej wypowiedzi zawarte są dwa ważne elementy. Pierwszy element, to ingerowanie rządu w umowy cywilno-prawne, a na domiar złego, w umowy wcześniej zawarte i obowiązujące. Rzecz raczej niespotykana w normalnej praktyce parlamentarnej; nosząca znamiona rewolucyjnego bezprawia. Rząd łamie prawo – protestuje Sroczyński. To jest niebezpieczny precedens, który sprowadza jakość systemu prawnego do chytrej gry w kotka i myszkę. Drugim elementem jest właśnie ekonomiczny aspekt sprawy. Przecież zaciąganie zobowiązań kredytowych wynika z rachunku ekonomicznego, który przez przedstawicieli rządu zostaje po prostu zignorowany, czy wyrzucony do kosza. Jak mogą się dobrze czuć kredytobiorcy, którzy dowiadują się, że ich umowa kredytowa jest nieważna i mają wpłacać do banku wielokrotnie więcej. Rozumowanie projektodawców zdaje się uciekać do argumentu wyższej konieczności, stosowanego w warunkach gospodarki wojennej. Ale przecież mimo kryzysu ekonomicznego, sytuacja jest zgoła inna. A może jest to raczej wykorzystanie praktyk stalinowskich?

Sroczyński kończy wypowiedź krótkim zdaniem: „Zwracam się tutaj do naszych prawników i naszej komisji prawnej, aby zechciała rozwiać moje wątpliwości, ażebym nie miał tego przeświadczenia, że działamy inaczej, niż obowiązują zasady prawa”.

Na to uzyskuje odpowiedź prowadzącego obrady marszałka Sejmu, Mikołaja Kozakiewicza (seksuologa): „Dziękuję. Chciałbym już zakończyć dyskusję”. Znany gest.

Wyjście z nieprzyjemnej sytuacji usiłuje znaleźć ówczesny wice-prezes Narodowego Banku Polskiego Andrzej Topiński (ekonomista). Z jego wypowiedzi wynika, że jest najmniej rozgarniętym przedstawicielem strony rządowej. Wypowiada bowiem wyjątkowo niemądre zdanie: „Umówmy się, że starzy kredytobiorcy, którym teraz pogorszą się warunki spłaty kredytów, zyskali na kredytach”. Każdy poseł zastanawiał się pewnie, jakim cudem pogorszenie warunków spłaty kredytów zapewnia zysk na kredytach. Jest bowiem oczywiste, że nie można być pewnym, iż kredyt okaże się w ogóle opłacalny, zwłaszcza w warunkach kryzysu. Żaden poważny ekonomista (i nie ekonomista) nie odważyłby się powiedzieć czegoś tak głupiego. Między wierszami znajdujemy jednak wytłumaczenie - bądź co bądź - oficjalnego przecież stanowiska rządu. Otóż ze strony projektodawców ustawy pada zarzut, że kredytobiorcy zarabiają na… inflacji. Był to argument wysunięty przez wiceministra finansów Marka Dąbrowskiego, dzięki któremu wszystko pozornie „trzymało się kupy”. Projektodawcy ustawy byli rzeczywiście blisko prawdy: na inflacji głównie zarabiają spekulanci grający na zwyżkę cen (zaciągający w tym celu kredyty). Jednak wszyscy pozostali tracą.

Dyskusja w Sejmie nie dotyczyła błahej sprawy. Dzisiaj też nie są to błahe sprawy, chociaż nadal za takie uchodzą. Ustawa legalizowała horrendalny wzrost oprocentowania kredytów bankowych (o przeciętny wzrost cen, co oznaczało uwolnienie banków od skutków hiperinflacji), które w całości zostały przerzucone na kredytobiorców. Dotychczasowe oprocentowanie nie było wcale niskie, a rząd nie przewidywał okiełznania hiperinflacji (miała się rzekomo sama „wypalić”). Z tego jasno wynikało, że oprocentowanie kredytów bankowych spowoduje gwałtowne i trwałe zahamowanie krajowych inwestycji, masową niewypłacalność i upadłość przedsiębiorstw i gospodarstw rolnych, a dalej – ostry spadek produkcji. Złagodzić problem niewypłacalności chciano w ten sposób, że zadłużonym przedsiębiorstwom i obywatelom dano możliwość doliczenia 60% oprocentowania do kredytu. Czyli założono sprytną pułapkę zadłużeniową na dotychczasowych kredytobiorców. W powiązaniu z wprowadzanymi równolegle restrykcjami podatkowymi, omawiane rozwiązania kreowały potężny regres gospodarczy. I o tym wszyscy posłowie RP wówczas wiedzieli. Niebawem sprawdziło się to z nawiązką.

Trudno się dziwić, że projekty rządowe wywołały silne wzburzenie, zwłaszcza wśród posłów chłopskich. Topiński nieudolnie przekonywał, że nic złego się nie stanie. "Przecież – tłumaczył – wzrośnie również oprocentowanie depozytów". I w tym momencie użył kolejnego najgłupszego argumentu, jaki można było wymyślić: „Proszę zwrócić uwagę, że jeśli ktoś nie może spłacić obecnie kredytu ze względu na trudności techniczne, natomiast dysponuje gotówką na spłatę, to może spokojnie te pieniądze włożyć na rachunek terminowy w banku. Odsetki, które uzyska, z całą pewnością pokryją mu jego zwiększone zobowiązanie wobec banku w przyszłości”. Tu nie chodzi o „trudności techniczne”, lecz o niewypłacalność rolników i przedsiębiorstw. Topiński z praktyką gospodarczą nie miał wcześniej żadnego kontaktu, ale szybko opanował myślenie dysponującego gotówką spekulanta finansowego.

W krainie czarów znalazł się również wspierający swego przyjaciela wiceminister Dąbrowski: "To rozwiązanie, które przedstawił prezes Topiński, tj. przechowywanie pieniędzy na rachunkach oszczędnościowych terminowych przez te osoby, które ze względów od nich niezależnych nie będą w stanie w tej chwili spłacać kredytów, jest rozwiązaniem, które umożliwia usunięcie negatywnych skutków blokady organizacyjnej”.

Trzymający się ziemi posłowie chłopscy byli wyczuleni na podobne przejawy arogancji i fantazji. Zanim sprawa została definitywnie wyjaśniona, na słowa wiceministra Dąbrowskiego zareagował wzburzony poseł Ryszard Smolarek (rolnik): „… po prostu prosiłem o odrobinę uczciwości, a pan w dalszym ciągu próbuje wmawiać polskim rolnikom, że oni sobie to odbiją – jak sugerował prezes Topiński – na realnym oprocentowaniu (depozytów – A.Ś.) w bankach spółdzielczych, w NBP czy w PKO. Rolnik ma zainwestowane pieniądze w polu, w produkcji, w oborze”.

Następnie wiceministrowi mocno dołożył poseł Adam Babul (też rolnik): „Te restrykcyjne kredyty […] spowodują, naszym zadaniem, obniżenie produkcji żywności”. Nie potrafił odmówić sobie uszczypliwości, dodając: „Panie ministrze, będzie pan musiał te środki znaleźć, ale wtedy 10-krotnie wyższe, jeżeli będzie pan musiał zakupić żywność na Zachodzie w drugiej połowie przyszłego roku”.

Nie są to jedyne ostre wypowiedzi posłów chłopskich, ale spór został już tutaj zarysowany dostatecznie wyczerpująco Jest to bez wątpienia spór wynikły z zagrożeń płynących ze strony ówczesnego rządu i obrony przez posłów żywotnych interesów rolników, hodowców, ogrodników, przetwórców płodów rolnych i spółdzielni rolniczych. Podobnie było z posłami broniącymi budownictwa mieszkaniowego.

Nie wolno przeoczyć pewnego faktu. Silna awersja rządu do przedsiębiorstw państwowych mogła wówczas być interpretowana jako wyraz ideologicznego sprzeciwu wobec dominacji własności państwowej i determinacji w dążeniu do prywatyzacji tej własności. Ale dlaczego awersja rządu objęła również sektor prywatny i spółdzielczy? Nie ulega wątpliwości, że posłowie chłopscy nie mieli zamiaru bronić komunizmu, lecz własności prywatnej i spółdzielczej. Czytelnik musi rozsądzić, czy to brak konsekwencji czy zwykła obłuda.

Jednocześnie mogliśmy obserwować zadziwiający przypływ sympatii przedstawicieli rządu do sektora bankowego, który ich zdaniem w najmniejszym stopniu nie powinien być dotknięty kryzysem ekonomicznym. Czyli już na początku tzw. transformacji ustrojowej banki stały się „świętymi krowami” , chociaż wówczas nie słyszano, że podobno banki są zbyt duże, aby mogły upaść. Sektor bankowy zostaje obficie dofinansowany, chociaż – znowu paradoks - banki były wówczas głównie państwowe i spółdzielcze. Później dalej szczodrze dofinansowywano banki – już sprywatyzowane – skrzętnie to jednak do tej pory ukrywając.

Skąd się zatem brała szczególna troska o system bankowy? Nie będziemy tutaj powtarzać mętnej argumentacji przedstawicieli ówczesnego rządu. Uwadze posłów nie uszło jednak, że skrycie przygotowywano w ten sposób przekształcenie polskich banków w spółki akcyjne i dalej… (ten wątek jednak zostawmy na później).

Ostatecznie wszystkie wątpliwości i spory usunięto jednym cięciem. Podobnie jak w przypadku debaty nad projektem ustawy o opodatkowaniu dochodów ludności, w której najbardziej zbłaźnił się Jan Bielecki (przypomnijmy: ”Wynikają te szerokie zmiany z tego, że rząd podjął negocjacje z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i trzeba dostosować ustawę do wymienialności zewnętrznej”), również w omawianej debacie ostateczny argument został wysunięty przez ministra Dąbrowskiego. Ogłosił on bez zażenowania, że jakiekolwiek opóźnienie wprowadzenia nowych zasad funkcjonowania systemu bankowego oznacza „przekreślenie całego programu dostosowawczego uzgodnionego wstępnie z Funduszem Walutowym”. Czyli rzeczowe argumenty nie miały nic do rzeczy. Liczyło się jedynie stanowisko MFW.

Dzisiaj wizerunek Międzynarodowego Funduszu Walutowego, szczególnie po jego skandalicznych interwencjach w Grecji i na Ukrainie, nie przedstawia się tak różowo, jak chcieliby liberałowie. MFW jest powszechnie uznany za jedno z najważniejszych ogniw globalnego systemu finansowego i należy do niebezpiecznych wrogów państw narodowych.

Jak zaznaczyliśmy, w referowanych tutaj trzydniowych debatach sejmowych nie było wyraźnych akcentów liberalnych. Natomiast widoczne było skrajnie przesadne demonstrowanie przez przedstawicieli rządu rzekomo wysokich kompetencji ekonomicznych (jakoby opartych na niedostępnej dla przeciętnego posła tajemnej wiedzy ekonomicznej). Ponieważ interesują nas narodziny klanu liberalnego w Polsce, który sprawował władzę nad polską gospodarką przez prawie trzydzieści lat - wciskając się we wszystkie partie i ruchy polityczne - wypada zastanowić się nad przyczynami zadziwiającej skuteczności politycznej osób, które w następnym 1990 roku wylądowały w powstającym klanie liberalnym lub na jego obrzeżach. Leszek Balcerowicz, Andrzej Zawiślak, Tadeusz Syryjczyk, Jan Krzysztof Bielecki, Marek Dąbrowski, Andrzej Topiński i Jerzy Osiatyński – są to bohaterowie trzydniowej debaty sejmowej, którzy zostali wymienieni w naszych publikacjach. Wszyscy znaleźli się później w zasięgu klanu liberalnego (tylko prof. Zawiślak zdołał się po upływie półtora roku z tego zasięgu wydostać). Przedstawiliśmy ich aktywność sejmową zaledwie w jednej (chociaż niezwykle ważnej dla Polski trzydniowej sesji Sejmu). Na tej sesji mieliśmy nie jedną godzinę, lecz całe trzy dni prawdy obnażającej mizerię ludzi skupionych w ówczesnym rządzie Mazowieckiego. Żadna z wymienionych osób nie wykazała się elementarną znajomością stosunków społeczno-gospodarczych w Polsce, ani nie zdobyła się na trzeźwy osąd rekomendacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Wymienione wyżej osoby ukończyły studia ekonomiczne i miały za sobą początki kariery akademickiej, z wyjątkiem Syryjczyka, który jako ówczesny Minister Przemysłu i Handlu bezpodstawnie uważał się również za ekonomistę (wyróżnił się kretyńskim powiedzeniem: „najlepszą polityką przemysłową jest brak takiej polityki”). Wydaje się, że do nich wszystkich stosuje się prawo Murphy'ego o polityce gospodarczej: ekonomiści mają największy wpływ na politykę, gdy najmniej rozumieją i najwięcej dyskutują. Tacy ekonomiści.

Nie jest prawdą, że wykształcenie z zakresu teorii ekonomii czyni ludzi pozbawionych rozeznania rzeczywistości i doświadczenia praktycznego zdolnymi do rządzenia państwem. Teoria i praktyka powinny się uzupełniać. Działalność dwóch wybitnych postaci, które cytowaliśmy w naszych publikacjach – prof. Władysława Grabskiego i prof. Stanisława Głąbińskiego – wystarczająco dowodzi, że polityka powinna być budowana na dobrych podstawach teoretycznych i zarazem na rzetelnej znajomości realiów społecznych i ekonomicznych. W okresie międzywojennym były dziesiątki takich ekonomistów (nie oznacza to, że po II Wojnie światowej i obecnie takich ekonomistów nie ma).

Słuchając wypowiedzi przedstawicieli rządu Tadeusza Mazowieckiego wyjątkowo dziwnie, jakby wtrąceni do piekła.

Jakie powinniśmy mieć oczekiwania wobec ekonomistów, zwłaszcza sprawujących władzę polityczną? W odpowiedzi skorzystamy ponownie z wiedzy prof. Głąbińskiego, który jasno tłumaczy: „Nauka przestaje być nauką, gdy się zniża do jakiejkolwiek stronniczości i staje się służebna pewnym interesom, programom i warstwom. Natomiast w polityce ekonomicznej i etyce społecznej jest właściwe miejsce do zastosowania owych wniosków, jakie wysnuć można i należy z prawd i zdobyczy ekonomii…”.

Czy jest przypadkiem, że hasło liberalizacji gospodarczej miało i ma szerokie, niemal nieograniczone wzięcie, mimo równoległego stosowania skrajnie agresywnych metod regulacji zjawisk gospodarczych (w imię liberalizacji gospodarczej!)? Szermujący tym hasłem ekonomiści i politycy usprawiedliwiali stosowanie agresywnych metod koniecznością szybkiego przeprowadzenia „głębokiej reformy”. Stosowanie drastycznych środków miało być przejściowe, a szkody miały zostać w dwójnasób zrekompensowane w przyszłości. Na tym polegała obietnica powszechnego dobrobytu. Błąd w tym rozumowaniu polega na tym, że owa przejściowość nie zamierza ustąpić. Reformatorzy zawsze bowiem mają apetyt na dalsze reformy i zawsze znajdą okazję, aby coś jeszcze zreformować. Mogą szkodzić nieustannie, jeśli nikt ich nie zatrzyma. Hasła liberalne są tylko zasłoną dymną, za którą nie ma pięknych i wzniosłych celów, lecz oszustwo i chciwość.

Wróćmy jeszcze do przedwojennej myśli ekonomicznej. Wspomniany prof. Głąbiński pisze, że „Studia ekonomiczne wymagają pracy ideowej, bezinteresownej, z myślą o przyszłości całego narodu, o lepszej doli przyszłych pokoleń. Słusznym jest zapatrywanie przeciwników szkoły liberalnej, że ekonomia społeczna powinna mieć charakter etyczny; ale tak samo z całą słusznością możemy stwierdzić, że nauka nasza jest zarazem nauką miłości do ojczyzny, czynnego i głębokiego patriotyzmu […] Dlatego ekonomista polski nie wypełni swojego zadania naukowego, jeżeli nie odda się pracy naukowej z myślą o ojczyźnie, jeśli gubić się będzie w abstrakcyjnej teorii lub w szablonowych formułkach o narodowych «przesądach» i «uprzedzeniach»”.

Prof. Głąbiński, podobnie jak zdecydowana większość przedwojennych (i mniej licznych obecnie) ekonomistów, mocno podkreśla znaczenie ideowości i patriotyzmu, bez których „ekonomista polski nie wypełni swojego zadania”. Dzisiaj powiedzielibyśmy raczej, że brak ideowości i patriotyzmu ekonomistów powoduje ślepotę, która jest zgubna dla gospodarki, a w dłuższej perspektywie - dla nich samych. Przytoczone relacje z Sejmu RP X kadencji stanowiły zapowiedź tego, co czekało polską gospodarkę.

Wypada krótko wytłumaczyć, co oznacza bezideowość. Jest to jałowa gleba, na której rosną tylko chwasty. Polemika z bezideowymi ekonomistami w tej sytuacji traci sens, gdyż ich argumentacja jest jałowa. Bezideowość tworzy próżnię. Co wypełniało ową próżnię?. Dowiadujemy się tego z licznych enuncjacji przedstawicieli rodzącego się w 1989 roku klanu liberalnego. Są oni zazwyczaj przeświadczeni, że rządzą „państwem dla siebie”, chociaż nie jest to pełna prawda.

Dzisiaj możemy wreszcie rozszyfrować, co kryje się pod tym terminem. Z psychologicznego punktu widzenia „państwo dla siebie” jest wyrazem przekonania, że rządzenie państwem sprowadza się do uzyskiwania osobistych i klanowych przywilejów. Przekonanie to znakomicie współgra z bezideowością, ponieważ ideowość wymaga wyrzeczeń w imię wyższych celów.

Ideowość została łatwo wymieniona na arogancję i cynizm, gdyż była to ideowość komunistyczna - sztuczna i fałszywa. Lata 1989-2018 obfitują w bogaty i dobrze udokumentowany materiał o przejawach arogancji i cynizmu wśród przedstawicieli liberalnych rządów, partii politycznych, organizacji pozarządowych, mediów etc. Bez wahania możemy postawić tezę, że dominującymi cechami „polskich liberałów” były (i nadal takimi pozostają) arogancja i cynizm.

Klan powstaje wokół problemu ochrony uprzywilejowanej pozycji członków. Potrzeba ochrony przywilejów przyczynia się do powstania i umocnienia tożsamości klanowej. W komunizmie zostało to sformalizowane przez wprowadzenie dystrybucji przywilejów (pojawia się zatem termin „nomenklatura”). Po wątpliwym przełomie politycznym w 1989 roku dystrybucja przywilejów nie została zahamowana. Przeciwnie, w ramach tzw. reformy liberalnej objęła dodatkowo dystrybucję majątku narodowego.

***

Stąd trafne jest powiedzenie, że komunista cudze rzeczy pragnie dla siebie nacjonalizować, zaś liberał – dla siebie prywatyzować.

Tekst został wcześniej opublikowany w Nr 10 (maj-czerwiec 2018) czasopisma MAGNA POLONIA.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie

Biuletyn EEM nr 5/2018 (56)