Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Narodziny liberalnego klanu. Trzy dni, które wstrząsnęły Polską (cz.2)

2018-06-14

Problem był bardzo poważny i wymagał rzetelnej i wszechstronnej analizy. Należało dobrze poznać jego przyczyny i zdać sobie sprawę z konsekwencji zaistniałej sytuacji.

Toteż powinno być jasne i zrozumiałe to, o czym pisał Władysław Grabski: „Kryzysy ekonomiczne mają tę własność, że nie sposób je przezwyciężyć porywem jednorazowym, choćby jak największym. Jest tylko jeden sposób przetrwania ciężkich czasów w życiu ekonomicznym: cierpliwa a systematyczna praca nad doskonaleniem życia narodowego i dostosowaniem aparatu rządowego, będącego na służbie tego życia” („Projekt programu polityki finansowej i ekonomicznej po wojnie” 1920 r.). Zdaniem Grabskiego, implikuje to przede wszystkim popieranie wszelkich wysiłków zmierzających do wzmocnienia wytwórczości krajowej i ograniczenie funkcji gospodarczej państwa. Nic dodać ani ująć.

Jednak już w 1989 roku politykę rządu opanował groźny wirus, a mianowicie – zabójczo restrykcyjny stosunek do przedsiębiorstw państwowych, co w praktyce oznaczało osłabianie oraz likwidowanie tych przedsiębiorstw, czyli niszczenie istniejącego realnie potencjału gospodarczego. Na ten aspekt szybko zwrócono uwagę, ale obawy i zastrzeżenia pozostały bez echa.

Trzy dni absurdów
W dniach 27-29 grudnia 1989 roku odbyła się w Sejmie RP debata nad tzw. pakietem Balcerowicza, który później określono mianem terapii szokowej. Kulisy uchwalenia owego pakietu ustaw są dotychczas owiane tajemnicą. Kilka kwestii jednak znalazło odbicie w debacie sejmowej.

Przede wszystkim uwidoczniły się dwie interesujące cechy wspomnianej trzydniowej debaty. Po pierwsze, debata nie została poprzedzona prezentacją programu społeczno-gospodarczego rządu, tylko - pomijając ten niecodzienny sposób wprowadzania w życie reformy gospodarczej- z marszu „przeskoczyła” do rozpatrzenia poszczególnych, słabo powiązanych ze sobą projektów ustaw. Wskutek tego nikt nie miał okazji zrozumieć, o co właściwie chodzi. Również pytanie o konsekwencje reformy nie mało podstaw, gdyż o programie reformy gospodarczej nic konkretnego w zapisach tych projektów nie można było znaleźć. Na domiar złego, dyskusję ograniczono wyłącznie do zapisów projektów ustaw, czyli pozbawiono posłów inicjatywy wykraczającej poza przygotowane projekty. Tak spełniła się zapowiedź Mazowieckiego, iż rząd „przygotuje zestaw niezbędnych posunięć, korzystając z tego, co starano się zrobić do tej pory w Polsce i w innych krajach, a także odwołując się do doświadczeń międzynarodowych ekspertów oraz organizacji finansowych”. Wyraźnie zabrakło determinacji , aby „przywrócić w Polsce mechanizmy normalnego życia politycznego. Przejście jest trudne, ale nie musi powodować wstrząsów. Przeciwnie - będzie drogą do normalności”.

Takie podejście polityków gospodarczych dyskwalifikuje. Okazało się ,niestety, precedensem, który zaowocował rozległą praktyką pokątnego forsowania niejasnych projektów ekonomicznych, która z czasem przeobraziła ustawodawcę w promotora ciemnych interesów gospodarczych i finansowych.

Mądre zalecenie Władysława Grabskiego nie zostało uwzględnione. Przeciwnie, pracom nad „pakietem Balcerowicza” nadano maksymalne tempo, co podkreślano z dumą i satysfakcją. W tym celu powołano uprzednio Komisję Nadzwyczajną, której przewodniczący Andrzej Zawiślak (jeden z nielicznych ekonomistów znajdujących się na sali sejmowej) rozpoczął wypowiedź od niecodziennej repliki: "W tej chwili dają się słyszeć głosy, że być może tempo i intensywność przemian, jakie pakiet premiera Balcerowicza zawiera są zbyt wielkie. Że idziemy zbyt ostro. Chciałbym od razu powiedzieć, że tempo to jest właściwe. Świat wokół nas zmienia się również szybko”. Jak na dojrzałego wiekiem ekonomistę, nie jest to dobra argumentacja. Równie dobrze mógłby powiedzieć, że przekroczenie obowiązującej prędkości w obszarze zabudowanym jest jak najbardziej właściwe, gdyż wszystko nabiera coraz większego tempa. Prof. Zawiślak był wówczas gorącym entuzjastą koncepcji Balcerowicza, zapewne ciesząc się z jego pochwał: „Ważną rolę odegrał tu Andrzej Zawiślak, który wprowadzał autentyczny entuzjazm i wiarę, działał mobilizująco”(Leszek Balcerowicz: 800 dni. Historia wielkiej zmiany.).

W niniejszym fragmencie relacji z przebiegu burzliwej dyskusji sejmowej interesujemy się dwoma projektami ustaw z „pakietu Balcerowicza”. Chodzi o projekt wprowadzający wysokie obciążenie przedsiębiorstw państwowych tzw. dywidendą. Pod tą nazwą faktycznie kryło się obciążenie przedsiębiorstw podatkiem majątkowym. Dywidenda istotnie należy się właścicielowi udziałów w firmie (np. akcjonariuszowi spółki akcyjnej), ale nie jest i nie może być gwarantowana. Bezwarunkowe wypłacenie dywidendy akcjonariuszowi spółki stanowiłoby czysty absurd, ponieważ w trudnym dla firmy okresie podkopywałoby jej istnienie; podcinałoby gałąź, na której siedzi. Racjonalnie postępujący właściciel jest zainteresowany dywidendą, lecz także utrzymaniem i rozwojem posiadanego kapitału. W warunkach ogólnego kryzysu ekonomicznego utrzymanie posiadanego kapitału staje się trudniejsze, toteż rezygnacja z dywidendy jest często konieczna dla zachowania kapitału. Są to sprawy elementarne. Tymczasem wspomniany projekt ustawy nie tylko utrzymuje absurdalne obciążenie przedsiębiorstw państwowych obowiązkową dywidendą, lecz – w okresie głębokiego kryzysu – powiększa ją wielokrotnie! W najbardziej przystępny sposób wyłuszczył to poseł Bogdan Derwich, który znał się na rzeczy (dyrektor przedsiębiorstwa). Przypomniał, że na rok 1990 ustalono jedenastokrotne przeszacowanie majątku przedsiębiorstw państwowych. ”Posłużę się przykładem mojego przedsiębiorstwa, które nie jest wcale takie duże – w przybliżeniu 430 mln płaconej dywidendy […] Mnie było stać na tę dywidendę. Ta dywidenda w roku 1990 zamienia się na 4mld 400 mln zł. To jest mniej więcej skala porównania”. Z dyskusji wynika, że chodzi tylko o jedno: o odebranie przedsiębiorstwom marży inflacyjnej, czyli korzyści ze wzrostu cen, i tym sposobem zapewnienie równowagi budżetowej. Na to Derwich odpowiada: „Argumentacja ministra finansów, że tak wyliczana dywidenda stanowi – jak gdyby po stronie przychodów – określoną pozycję po stronie przychodów , w moim przekonaniu nie wytrzymuje argumentów rzeczowych. Przecież przedsiębiorstwo, które upadnie, którego nie będzie, nie zapłaci ani podatku, ani dywidendy”. Takie „na zdrowy rozum” przewidywanie nie było czymś wyjątkowym, zwłaszcza wśród dyrektorów przedsiębiorstw. Wprowadzało silny czynnik psychologiczny. W 1989 roku kryzys ekonomiczny w Polsce nie dawał powodów do optymizmu, a pod koniec roku rząd definitywnie rozwiewa iluzję, jakoby przed przedsiębiorstwami państwowymi rysowała się jakakolwiek perspektywa rozwoju. Mimowolnie daje hasło: zwijać się czym prędzej. Reakcje były łatwe do przewidzenia.

Drugi projekt ustawy wzbudził jeszcze większe kontrowersje, ponieważ wprowadzał gangsterskie metody ograniczenia dochodów ludności. Chodzi o opodatkowanie wzrostu wynagrodzeń. Na egzekutora wyznaczono przedsiębiorstwa, na które nałożono horrendalne podatki w przypadku wzrostu funduszu płac.

W warunkach wysokiej inflacji konieczne jest zablokowanie spirali wzrostu cen i płac. Polega ona na tym, że rosnąca drożyzna skutkuje żądaniami wzrostu płac, zaś wzrost płac przenosi się na wzrost kosztów, a następnie - cen. Dlatego w tak skomplikowanej sytuacji znaleziono kompromisowe rozwiązanie, które nie uderza zanadto w dochody pracownicze, a z drugiej strony osłabia lub blokuje działanie wspomnianej spirali. Rozwiązaniem tym jest indeksacja płac, czyli zablokowanie wzrostu plac wyższych od wzrostu inflacji. Jednak w „pakiecie Balcerowicza” pojawiło się rozwiązanie proste i mocne jak cep. Sens rozwiązania tak tłumaczy poseł Ryszard Wojciechowski (prezes spółdzielni) : „… stosujemy całkowitą gilotynę płacową. Objawia się to tym, że 1% przekroczenia funduszu płac – czego nikt nie jest w stanie w żadnym przedsiębiorstwie wyliczyć – sprawi, że za każdą złotówkę będzie się płaciło 2 zł, a dalej to już naprawdę będzie niezwykle trudno”. Zastrzeżeń było oczywiście więcej.

Duże problemy z logicznym myśleniem miał ówczesny minister przemysłu i handlu Tadeusz Syryjczyk: „rząd ma prawo czerpania korzyści z tych przedsiębiorstw, gdyż majątek z zasady pochodzi czy to z dotacji państwowej, z inwestycji państwowej, czy z wcześniej umorzonego kredytu”. Szanowny Panie Ministrze - majątek przedsiębiorstw państwowych pochodził głównie z akumulacji dochodów wypracowanych przez same przedsiębiorstwa. Ministrowi wydawało się, że rząd jest finansistą lub kredytodawcą, który ma prawo żądać dowolnie ustalonego przez siebie zwrotu z inwestycji finansowych, czyli że spełnia rolę wierzyciela mającego w umowie pożyczki klauzulę dowolnego ustalenia należności.

Co najbardziej gubi nieszczęsnego Ministra, to jego zapatrywanie, że pobór takiej dywidendy „wydaje się względnie logiczny”. Z logiką nie ma on nic wspólnego, zaś „względna logika” jest oryginalnym wynalazkiem Syryjczyka.

Dalej pojawia się nowy problem. Dlaczego płace mają być zgilotynowane tylko w polskich przedsiębiorstwach? Tłumaczy poseł Jan Bielecki (ekonomista). Najkrócej jego rozumowanie można streścić następująco. Dlatego, że polskie przedsiębiorstwa nie są przedsiębiorstwami, bo … nie mają właściciela. I czym się one zajmują … produkcją, usługami? Skądże znowu, zajmują się grą płacową. Jak na ekonomistę – rewelacyjna teoria. Proszę zapoznać się z fragmentem jego wystąpienia w oryginale: „Paradoksalna jest dla mnie sprawa, kiedy my myślimy w kategoriach przedsiębiorstwa, które nie ma właściciela i gdzie podstawą jest orientacja na grę płacową. Ale za to przedsiębiorstwa mające właściciela (czytaj – zagraniczne) to co innego, bo ich „właściciel wyda tyle pieniędzy na fundusz płac, na ile mu rynek pozwoli”. W końcu okazuje się, że właściciel nie jest potrzebny, gdyż za niego o płacach decyduje … rynek.

A jednak, po tych banialukach ekonomicznych, Jan Bielecki podaje najbardziej wiarygodne i konkretne (chociaż dalej nieskładne) uzasadnienie dyskryminacji polskich przedsiębiorstw. "Wynikają te szerokie zmiany z tego, że rząd podjął negocjacje z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i trzeba dostosować ustawę do wymienialności zewnętrznej”. Znacznie jaśniej wyraził to w 2004 roku prof. Paweł Bożyk, którego dociekliwość i analizy ekonomiczne są najwyższej próby: „Minione kilkanaście lat to są rządy Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Polsce […] Przedstawiciele Funduszu oświadczyli «My wam pomożemy w spłacie waszych długów, ale będziecie musieli zreformować gospodarkę dokładnie tak, jak sobie tego życzymy» i cała reforma odbyła się pod dyktando MFW […] Fundusz dyktował dokładnie, co i kiedy należy zrobić, a Balcerowicz był rzetelnym wykonawcą tych wskazówek…”.

Najciekawszy jest kolejny fragment wystąpienia Bieleckiego: „Tej ustawy i tych ograniczeń nie da się przetłumaczyć na język angielski czy jakikolwiek inny cywilizowany język świata: jak tę bazę skorygować, jak przeliczyć, przemnożyć. Każdy inwestor, który przychodzi musi wiedzieć, jakie czynniki produkcji są dostępne na rynku i jakimi zasadami się kieruje. A to, że ktoś mu każe teraz iść do urzędu skarbowego i wyliczyć bazę lub uzgodnić bazę, to nie jest jego świat”. Jest to najciekawszy fragment wystąpienia Bieleckiego dlatego, że ujawnia on specyfikę pojawiającej się fali liberałów. W „cywilizowanym” świecie zachodniego inwestora podobne poczynania władzy są niewłaściwe. Liberalizm w Polsce ma być zupełnie czymś bardziej bezwzględnym i brutalnym, ponieważ nie żyjemy w tym świecie. W podtekście można odczytać przesłanie skierowane do polskich przedsiębiorstw: to, że jeszcze działacie, to nie jest wasza zasługa, to jest nasze zaniedbanie.

Jakaż wielka przepaść dzieli „pakiet Balcerowicza” od gruntownie przemyślanych, opartych na świetnym wykształceniu teoretyczno-ekonomicznym i znajomości życia gospodarczego, reform przedwojennych. Dla porównania przytoczymy na zakończenie tego fragmentu publikacji jasną i przekonywującą wypowiedź prof. Władysława Grabskiego z materiału pod znamiennym tytułem „Projekt programu polityki ekonomicznej i finansowej Polski po wojnie”(1920r.):
„… ogół zaczyna spoglądać z utęsknieniem za przywróceniem wolności w stosunkach handlowych, przemysłowych i ogólno- ekonomicznych. Istotnie, wolność ekonomiczna gotowa przywrócić zwiększenie zaofiarowania wszystkiego, czego brak, a przecież tyle rzeczy niezbędnych brak, a więc wolność powinna dać nasycenie tym, którzy łakną i spokój tym, którzy dziś mogą być zaspokojeni. Przyjrzyjmy się jednak, co by były za skutki powszechnej wolności w kraju, w którym produkcja jest niedostateczna w stosunku do niezbędnej konsumpcji. Oczywiście sprowadzono by brakujące przedmioty z zagranicy, a cena krajowych towarów podniosłaby się do wysokości zagranicznych. Drożyzna przez to jednak podniosłaby się tylko, a ponieważ przy wwozie z zagranicy produkcja krajowa nie mogłaby się rozwinąć, więc spadek waluty byłby nieustanny i zawrotnie szybki. Spadek ten doszedłby do takich rozmiarów, aż kraj stałby się zupełnie ubogim, na to, by nastarczyć sprowadzać z zagra nicy nawet rzeczy najniezbędniejszych. Oczywiście w tych warunkach nie byłoby mowy o tym, by kapitał zagraniczny chciał i mógł przyjść ożywić wytwórczość krajową. Kapitał ten najwyżej wykupywałby oczywiście pozostałe jeszcze w kraju bogactwa”.

To jest ostrzeżenie, które w 1989 roku całkowicie zignorowano, podporządkowując politykę gospodarczą interesom MFW i innych zagranicznych ośrodków finansowych i politycznych. MFW wkładał do głowy polskich reformatorów przekonanie, że polityka gospodarcza nie musi być zgodna z logiką i rozsądkiem, w co reformatorzy łatwo uwierzyli.

Dla zapewnienia równowagi gospodarczej konieczne jest zarówno ograniczenie popytu, jak również zwiększenie podaży: produkcji i eksportu. Nie istnieje alternatywa: myć ręce czy nogi. Mogłoby się wydawać, że na tym polega kardynalny błąd pakietu rządowego Balcerowicza, gdyby nie zasadne podejrzenie, że było to celowe, dokonane „z zimną krwią” niszczenie polskiego potencjału gospodarczego. Takie błędy raczej się nie zdarzają. Wystąpienie z takim „pakietem” powinno zostać odebrane przez posłów RP jako cyniczne nadużycie funkcji publicznych; były ku temu wszelkie przesłanki. Wiedza o tych omawianych zagadnieniach walki z kryzysem i inflacją była przecież w zasięgu oczu; jasna i zrozumiała nie tylko dla ekonomisty, ale także dla inżyniera, prawnika czy związkowca.

Sytuacji tak trudnej, jak obecna, nie można rozwiązać żadną określoną formułą, a tylko skoordynowaniem różnorodnych wysiłków w celu podniesienia produkcji narodu, wzrostu wywozu i wzrostu dochodów państwowych z jednej, a ograniczenia konsumpcji i ograniczenia przywozu oraz zmniejszenia wydatków z drugiej strony” – pisał dalej prof. Grabski.

Tego właśnie zabrakło i nadal brakuje.

Uwaga: kolejne publikacje z cyklu „Narodziny liberalnego klanu. Trzy dni, które wstrząsnęły Polską” są publikowane w dwumiesięczniku Magna Polonia.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie

Biuletyn EEM nr 5/2018 (56)