Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

„Plan” Mateusza Morawieckiego (cz. III)

2017-03-22

Kolejne dokumenty rządowe „Plan na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, a następnie „Strategia odpowiedzialnego rozwoju” nie są planami rozwoju społeczno-gospodarczego, które warto traktować poważnie. Biorąc pod uwagę ich „rys historyczny” można przypuszczać, że są one jedynie zasłoną dymną. Możemy tylko zgadywać, co się za nią kryje.

„Strategia na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” powiela praktykę „opowiadania bajek” rządu Donalda Tuska, który opracował w 2012 roku podobny dokument.  W obydwu dokumentach brakuje fundamentu, a mianowicie kompleksowego planowania strategicznego. Brak planowania strategicznego całkowicie zmienia sens pojęcia „strategia”, a w danych przypadkach sens ten zupełnie przekreśla.

Planowanie strategiczne jest procesem identyfikacji pożądanych rezultatów o charakterze długofalowym i opracowaniem sekwencji działań umożliwiających osiągnięcie tych rezultatów, oparte na analizach dostępnych zasobów i strumieni gospodarczych. Od ostatniego aspektu zależy realizm planowania strategicznego. Jeśli bowiem analiza zasobów i strumieni gospodarczych, czyli rachunek narodowy, nie jest traktowany poważnie przez strategów, to również strategów nie można traktować poważnie. Świadczy to bowiem o odrzuceniu analizy makroekonomicznej, na której miejsce można wciskać różne, mniej lub bardziej sugestywne, spekulacje.

Sprawa się komplikuje, jeżeli planowanie strategiczne dotyczy niestabilnego środowiska, podatnego na zakłócenia i wstrząsy. Ten problem z pewnością nie jest czysto teoretyczny, gdyż chodzi o niestabilność związaną z globalnym kryzysem ekonomicznym. Tylko w spokojnych czasach, gdy wiele lekki wietrzyk, można żeglować przyjemnie i bezpiecznie. Nas interesuje, jak na wspomnianą niestabilność reagują stratedzy „odpowiedzialnego rozwoju”.

Ogólnie biorąc autorzy „Strategii na rzecz rozwoju” reagują tak, jakby globalnego kryzysu ekonomicznego nie było.

Statystyczna mgła
W „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” nie ma ani śladu analizy rachunku narodowego, w tym czynników wzrostu gospodarczego. Brakuje przede wszystkim podstawowych narzędzi do pomiaru dynamiki gospodarczej. Zamiast poświęcić czas staraniom, aby z analizy wyprowadzić odpowiednie oceny, marnuje się czas na to, by do własnych ocen dopasować dane ekonomiczne. Chociaż zabieg ten znany jest od dawna, cieszy się jak widać dużym powodzeniem. Pokusa manipulacji jest tak silna, że trudno się jej oprzeć.

Przypomnijmy, że dla celów propagandowych wprowadzono w obieg „uproszczoną wersję” pomiaru dynamiki gospodarczej, polegającą na eksponowaniu dwóch mierników: wskaźnika wzrostu Produktu Krajowego Brutto oraz stopy bezrobocia. Problem polega na tym, że obydwa wskaźniki pod wieloma względami są niezadowalające. PKB nie jest odzwierciedleniem „bogactwa narodu”, jak się czasem sądzi. PKB  zawiera bowiem „bogactwo” należące do zagranicznych bogaczy, co sprawia, iż liberałów cieszy każdy wzrost zagranicznych inwestycji – przyczyniają się one do wzrostu PKB. Jeżeli więc celem strategicznym jest „tworzenie warunków dla wzrostu dochodów mieszkańców Polski przy jednoczesnym wzroście spójności w wymiarze społecznym, ekonomicznym i terytorialnym” (jak napisano w omawianej „Strategii …), to warto byłoby wcześniej zastanowić się, jak ma się wzrost PKB do wzrostu dochodów mieszkańców Polski. Wzrost PKB może występować równolegle ze spadkiem dochodów ludności, co zresztą znajduje potwierdzenie w statystyce. Jeżeli używa się pojęcia „dochody mieszkańców”, to trzeba uwzględniać dwa rodzaje owych dochodów, a mianowicie dochody z pracy oraz dochody z kapitału. Neoliberalny system działa w ten sposób, że minimalizuje dochody z pracy („koszty pracy”) i maksymalizuje dochody z kapitału (zyski, procenty, czynsze).

Co jeszcze bardziej zastanawiające, to fakt, że stawiając taki główny cel strategiczny nie zdecydowano się na uwzględnienie jako głównego wskaźnika rozwoju gospodarczego dochodu na jednego mieszkańca. Zadowolono się jedynie określeniem punktu docelowego (przypadającego na 2030 rok), w którym dochód na jednego mieszkańca w Polsce „powinien” zrównać się ze średnim dochodem na jednego mieszkańca w Unii Europejskiej. Odnotowując, że jest to zaledwie 68,4% średniego dochodu na jednego mieszkańca w UE w 2014 roku , autorzy „Strategii…” nie odkryli, co to znaczy. A jest to wskaźnik dotychczasowego rozwoju gospodarczego w Polsce, który stawia naszą gospodarkę na miejscu godnym pożałowania. Według Eurostatu, spośród 28 krajów UE mniejszy dochód na jednego mieszkańca miały tylko cztery kraje (Rumunia, Węgry, Łotwa i Estonia).  Więc może dla lepszego samopoczucia należało rzeczywiście ograniczyć się do wątpliwej jakości wskaźnika PKB?

Sytuacja dochodowa mieszkańców Polski jest szczególna. Po pierwsze, mają oni znikome dochody z kapitału (kilkukrotnie niższe niż w innych krajach europejskich), a niestety również dochody z pracy należą do najniższych. O żadnej redystrybucji dochodów między kapitałem zagranicznym i kapitałem polskim nie ma mowy. Po drugie, dochody mieszkańców Polski są obciążone wysokimi kosztami usług socjalnych i komunalnych (przerzuconych z budżetu państwa na mieszkańców) oraz wysokimi kosztami bezrobocia (80 % tych kosztów ponoszą rodziny, 20% pomoc publiczna). Również w tym zakresie nie widać zainteresowania strategów „tworzeniem warunków do wzrostu dochodów mieszkańców Polski”. Problem jest poważny, gdyż instytucje publiczne, w tym administracja rządowa oraz długi szereg jednostek samorządowych przeistoczyło się w bezwzględnych zdzierców, którzy polują na dochody mieszkańców. Wystarczy sięgnąć do Rocznika Statystycznego, aby stwierdzić, że sektor publiczny w Polsce jest ukrytą formą biznesu, a nie wytwórcą usług publicznych. Po trzecie, nadzieje na wzrost dochodów ludności, a dalej – na wzrost oszczędności i kapitału polskiego -  są ostatecznie pogrzebane wskutek istnienia… ujemnych oszczędności. Chodzi o zadłużenie gospodarstw domowych, które w naszym kraju jest kolosalne. Dopóki będzie ono wzrastać, dopóty koszty obsługi zadłużenia oraz postępowań komorniczych będą pomniejszały dochody ludności.

Zamiast analizować realne procesy  gospodarcze oraz ich uwarunkowania instytucjonalne, nasi stratedzy pasjonują się wątpliwej jakości koncepcją „pułapki średniego dochodu”. Wadą tej koncepcji jest pomijanie instytucjonalnych i politycznych uwarunkowań rozwoju gospodarczego. Ale największą wadą jest fakt, że w Polsce „pułapka średniego dochodu” nie istnieje z tego prostego powodu, że są to niskie dochody (o 32,6 % niższe od średnich W UE wedle danych przytoczonych w „Strategii…”). Zalecana w literaturze ekonomicznej imitacja strategii wzrostu opartego na innowacjach w krajach o niskich dochodach nie prowadzi do rozwoju, lecz sankcjonuje „pozostawanie w tyle”. 

Więc raczej należało się zająć obiektywnym wyjaśnieniem przyczyn istniejącego w Polsce ubóstwa, a  nie sięgać po nierealne koncepcje.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie