Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Unia Europejska w obliczu kryzysu światowego

2017-01-08

Władze Unii Europejskiej z czasem wypracowały efektywne metody neutralizacji konfliktów wewnętrznych (słabiej radzą sobie z konfliktami zewnętrznymi), ale krytycy zauważają, że nawet tutaj nastąpiło przegięcie.

Metody te odwołują się do generalnych ocen, które ad hoc większość konfliktów traktują, jako niepożądane, groźne, a nawet wrogie. Jest to podstawowy błąd europejskiego procesu integracyjnego. Jest to błąd podobny do tego, który cechował rządy krajów komunistycznych. Przyjęta wizja budowy idealnego społeczeństwa wyklucza traktowanie konfliktów, jako naturalnego aspektu procesów społecznych i ekonomicznych. Podporządkowując się tej wizji, komuniści zaczęli zwalczać wszelkie sprzeczności interesów, uznając je za przejaw anty-internacjonalistycznych i aspołecznych tendencji, co musiało się skończyć totalną instrumentalizacją społeczeństw i gospodarek. Ten szczególny proces internacjonalizacji pojawił się także w Unii Europejskiej. Dzisiaj zderza się on z wyzwaniem przezwyciężenia kryzysu ekonomicznego, ponieważ jest mało prawdopodobne, aby pacyfikacja konfliktów w obrębie UE zyskiwała aprobatę pacyfikowanych grup społecznych i całych społeczeństw. Prosta to prawda: trzeba identyfikować i rozwiązywać problemy, które są źródłem konfliktów, a nie wykorzystywać konflikty do centralizacji władzy.

Prezentujemy poważne studium sytuacji społeczno-gospodarczej Europy, z uwzględnieniem konsekwencji przedłużającego się światowego kryzysu ekonomicznego. W ostatnich tygodniach ukazało się w świecie wiele publikacji poświęconych trudnościom, za które obciąża się światowy kryzys. Posługują się one w istocie rzeczy błędną linią rozumowania, ponieważ obecny kryzys jest rezultatem złożonego i słabo rozpoznawalnego splotu czynników. Dopiero rozsupłanie tego splotu pozwoli na przezwyciężenie tych trudności. Diagnoza kryzysu a diagnoza ogólnej sytuacji społeczno-ekonomicznej to jedno i to samo.

Znaczna część publikacji podejmuje kwestie doraźne albo poszukuje „miękkiego lądowania” dla dotychczasowych zasad i koncepcji ekonomicznych oraz politycznych. Jednakże te zasady i koncepcje tracą wiarygodność, a zanosi się na to, że będą ostro zweryfikowane. Na dzienne światło wydostają się dotychczas marginalizowane koncepcje ekonomiczne; rodzi się podskórny nurt poszukiwań nowych punktów oparcia dla polityki ekonomicznej. Politycy nie są już tak solidarni jak kilka miesięcy temu w „wyznawaniu wspólnych wartości”.

Sytuacja jest bardzo dynamiczna
O przyszłości Unii Europejskiej jeszcze niewiele możemy powiedzieć. Niektórzy radzą czekać […], gdyż wówczas może wreszcie przeważy jedna z dwóch opcji: zachowawcza albo reformatorska. Na razie opcja zachowawcza jest górą. Ponadto jest ona mocno wspierana i lansowana przez Stany Zjednoczone.

Ale pojawiają się też zawirowania i pęknięcia, które niweczą myślenie o łatwym przejściu nad kryzysem do porządku dziennego.

Rozpoczął się „etap zastanowienia” nad sensem i historią dotychczasowej integracji europejskiej. W tym zakresie unijne gremia przywódcze, zamiast zaangażować się w szeroki dialog społeczny nad kryzysem ekonomicznym, popełniły kardynalny błąd, uznając, że byłoby to podważaniem dorobku UE lub nawet „działaniem wrogich sił”. Wraz z bulwersującym europejską opinię społeczną wydarzeniem na Hradczanach oraz kilkoma mniejszymi przejawami rozpasania politycznego na szczytach unijnych, doprowadziło to do poważnej modyfikacji wizerunku kierownictwa UE, jako czynnika, który dalej pragnie rządzić, ale jest intelektualnie niezdolny sprostać sytuacji. Arbitralne wyłączenie z wąskiego dialogu krajów słabszych gospodarczo musiało być odebrane, jako urażający ich godność przejaw arogancji i siły. Tak właśnie jest odczytywana formuła G-20 w tych krajach. Ewentualne rozwiązania polityczno-gospodarcze na […] szczycie G-20 będą przez te kraje uznane za w działania pozbawione ich upoważnienia i społecznego oparcia. O ile w przedkryzysowych warunkach mogłoby to być odczytane, jako „zapędzenie się” w dążeniu do dalszej reformy Unii (tak było z forsowaniem Lizbony), o tyle w atmosferze ryzyka i niepewności jutra musi się to przyczynić do podgrzania atmosfery. Nie jest tajemnicą, że w niektórych „nowych” krajach członkowskich oprócz rosnącego rozczarowania narastają obawy, że wszystko to skończy się uśmierzaniem społecznego niezadowolenia za pomocą metod policyjnych. Te obawy nie są bynajmniej wyssane z palca, skoro na naszych oczach topnieją resztki „deficytowej demokracji” unijnej. W Polsce gorączkowo przygotowywany jest system totalnej inwigilacji obywateli. Zapewnienia, że nie zostanie on użyty do inwigilacji są po prostu śmieszne.

Krótko mówiąc, dotychczasowa praktyka kierowania sprawami unijnymi nie zdaje egzaminu. Wątpliwość, czy przywódcom UE można zaufać, jest problemem samym w sobie. Ale jest to również problem odpowiednio ukierunkowanej reformy UE. Przecież Lizbona nie zmienia tej praktyki, lecz raczej ją pogłębia.

Niepowodzenia unijne

Ostrość oraz zasięg kryzysu okazuje się historyczną „godziną próby” dla Unii Europejskiej. Epidemia rozczarowania zapewne dosięgnie nie tylko „euro entuzjastów”, ale także „eurosceptyków”. Jedni i drudzy są głęboko uwikłani w spory, dzisiaj przestarzałe i bezpłodne. Fakt, że w kwestii przezwyciężania kryzysu ujawniły się już silne tendencje odśrodkowe oraz protekcjonizm państwowy (tak na szczeblach oficjalnych, jak też w obrębie opinii społecznej poszczególnych krajów), jest niepodważalny. Tendencje te częściowo zrodziły się z niezbyt szlachetnych odruchów obronnych niektórych liderów UE, promujących nieprzemyślane koncepcje dalszego rozwoju UE, a częściowo ze zwiększonego nacisku niezadowolonych społeczeństw. Jako przykład można przytoczyć wyniesienie do rangi dogmatu ekstensywnego sposobu rozwoju Unii Europejskiej, niejako „wchłaniającej” coraz więcej różnic kulturowych z jednoczesną ambicją do unifikacji?

Istnienie różnych tendencji odśrodkowych nie powinno być uznawane za zjawisko nieuzasadnione czy niebezpieczne. Jest ono normalną konsekwencją istniejącej sytuacji gospodarczej w prawie wszystkich krajach europejskich. Czy powinno być źródłem pesymizmu, co do przyszłości Europy? Odpowiadając bez zastanowienia „tak”, dawalibyśmy wyraz emocjonalnego traktowania problemu. Na chłodno zaś – to nie jest główne źródło zagrożenia.

Warto przy okazji odnotować powód rozczarowania Unią „nowych” krajów członkowskich. W znacznym stopniu kraje te same sobie są winne, gdyż nie potrafiły oprzeć się idealizowaniu Europy Zachodniej i historycznym sentymentom, a zarazem nachalnej propagandzie akcesyjnej ze strony własnych rządów. Idealizacja demokracji i zachodniego modelu kapitalizmu oraz przenoszenie fascynacji Zachodem na UE umożliwiło pozornie bezkolizyjne włączenie tych krajów do Unii, niemal bez naruszenia dotychczasowego podziału władzy w jej obrębie. Oznaczało to zredukowanie wpływu krajów Europy Środkowej i Wschodniej do roli czysto wasalnej, a także „głębokie przechwycenie” ich rządów i mediów przez najsilniejsze kraje członkowskie, szczególnie przez Niemcy i Francję. Wszyscy od początku wiedzieli, że jest to chore, nikt jednak nie spodziewał się, że w niedalekiej przyszłości może doprowadzić do choroby całej Unii Europejskiej. Pocieszenie, że „nowe” kraje członkowskie niewiele znaczą (wytwarzają tylko ok. 10 % łącznego PKB), nie jest mądre. Przekonanie, że sytuacja w tych krajach nie zagraża opracowywanym bez ich udziału projektom wyjścia z kryzysu, a także dalszej integracji europejskiej, są naiwne. Faktycznie pęknięcie już nastąpiło; myślenie w duchu europejskiej solidarności odstawiono do kąta.

Mechanizm integracji europejskiej

Zasadnicze pytanie dotyczy sprawności dotychczasowego mechanizmu integracji europejskiej. Korzystanie z mechanizmu integracji dla rozlicznych celów i interesów ewidentnie szkodzi integracji.

Nie pytamy, czy ten mechanizm pozwoli uporać się z widocznymi czynnikami dezintegracji, gdyż oznaczałoby to niedocenianie powagi sytuacji. Obecny mechanizm integracyjny nie został „zaprojektowany” na rozwiązywanie wielkich problemów, które uzewnętrznił obecny kryzys ekonomiczny. Był to raczej mechanizm „sielankowy”, oparty na przekonaniu, że harmonizowanie interesów ekonomicznych jest procesem naturalnym i koniecznym. Tak przynajmniej wmawiano opinii publicznej. Czy w obliczu zagrożeń rozpadem UE możliwe jest wyprhttp://www.monitor-ekonomiczny.pl/panel/index.php?strona=article&edit=1&id=440acowanie, w krótkim czasie, nowego mechanizmu integracji europejskiej; bardziej efektywnego i opartego na lepszych założeniach społecznych i ekonomicznych?

Jest to pytanie, które wymaga odniesienia się do Lizbony. Chodzi o to, czy rozwiązania zawarte w traktacie lizbońskim przewidują nowy, lepszy mechanizm integracji europejskiej? Odpowiedź jest trudna. Z góry można założyć, że tak postawione pytanie zostanie wchłonięte przez spór między zwolennikami i przeciwnikami traktatu, co czyni jałowymi ewentualne odpowiedzi. Traktat, warto podkreślić, zawiera pewne rozwiązania mające przyczynić się do zwiększenia sprawności decyzyjnej UE, głównie wskutek centralizacji decyzji. Centralizacja wbrew pozorom nie ma jednokierunkowego działania: ograniczającego czy sprzyjającego narastaniu sytuacji konfliktowych, które stanowią siłę napędową tendencji odśrodkowych. Z doświadczenia wynika, że centralizacja musi być „roztropna”, aby zbyt ciasny gorset nie spowodował zahamowania wielorakich możliwości rozwojowych i nie przyczynił się do skondensowania konfliktów. O „roztropność” jest trudniej, aniżeli o dobre intencje.

Konflikty wewnątrz UE

Problem integracji wymaga rozpatrzenia z innego punktu widzenia. Są różne poziomy konfliktów ekonomicznych i politycznych. Uproszczenie sytuacji stanowi obecnie największy mankament konstrukcji europejskiej. Dobry mechanizm integracyjny, rozwiązujący konflikty, a dzięki temu niwelujący tendencje odśrodkowe, wymaga uwzględnienia przynajmniej podstawowych poziomów konfliktów. Dotychczasowa koncepcja integracji europejskiej jest pod tym względem słaba, gdyż opiera się na skutecznych mechanizmach zarządzania konfliktami jedynie na poziomie międzyrządowym, natomiast zostawia na uboczu inny podstawowy poziom konfliktów – realnych interesów gospodarczych i społecznych. W praktyce uznaje się nadal, że sfera realnych interesów (i związanych z nimi konfliktów) pozostaje domeną rozstrzygnięć krajowych, chociaż nie jest to ścisłe i dobrze uzasadnione. Liberalizacja przepływów kapitału, pracy i towarów powoduje, że w sferze realnych interesów gospodarczych i społecznych każdego kraju coraz silniejsze są konflikty interesów o zasięgu międzynarodowym, a może nawet jest to najsłabszy punkt, w który trafia obecny kryzys ekonomiczny. Już teraz efektywność rozstrzygnięć krajowych okazuje się czasem niewystarczająca. To sprzyja „uciekaniu” rządów od demokratycznych form sprawowania władzy, a także prowadzi do przerzucania winy za występujące problemy na UE. Na razie jest to zjawisko podskórne, ale Lizbona bez wątpienia spowodowałaby jego nasilenie.

Współczesna demokracja jest bardziej mechanizmem rozwiązywania konfliktów społecznych i gospodarczych, aniżeli zadośćuczynieniem zasadom równości i sprawiedliwości. Systemy niedemokratyczne jedynie w krótkim horyzoncie czasu są skutecznym środkiem przezwyciężania konfliktów, głównie, jako rozwiązanie w sytuacjach nadzwyczajnych.

Sfera realnych interesów gospodarczych i społecznych w UE jest prawie niezauważona. Widzi się ją zaledwie przez wąski pryzmat „społeczeństwa obywatelskiego”, czyli podejścia będącego de facto jedynym mechanizmem zarządzania konfliktami społecznymi. Wątpliwe jest, czy to podejście trafnie chwyta realia społeczne i gospodarcze, a w szczególności – zachowania i interesy ekonomiczne. Opiera się, bowiem na koncepcji naiwno-idealistycznej, a zarazem łatwo poddającej się nadużyciom pojęciowym i propagandowym.

Odrębnym zagadnieniem jest całkowite pomijanie w obecnych i projektowanych mechanizmach unijnych stratyfikacji „biedni – bogaci” (w płaszczyźnie międzynarodowej), może z tylko z wyjątkiem relacji z krajami spoza Unii.

Mechanizm integracyjny a polityka antykryzysowa
Zauważmy, że kierownicze gremia unijne i wspierające je ośrodki analityczne nie dostrzegają potrzeby skorelowania zabiegów wzmacniających mechanizm integracyjny i polityki antykryzysowej. Fakt, że mechanizm ten w niedostatecznym stopniu „odpowiada” na zakłócenia wywoływane przez kryzys, a ściślej biorąc – na realne problemy, konflikty i zagrożenia objęte wspólną nazwą „kryzys”, jest zastanawiający. To oczywiście nie sprowadza się do nawoływań o większą solidarność i determinację rządów w przeciwdziałaniu kryzysowi, a tym bardziej do postulatu szybkiego wprowadzenia Lizbony.

Kraje „stare” i „nowe”
Znamienne jest, że to właśnie w polityce antykryzysowej dały o sobie znać tendencje odśrodkowe na poziomie rządowym. Na szczeblu oficjalnym jedne kraje (zwłaszcza Niemcy) preferują narodowe programy wychodzenia z kryzysu, zaś inne – póki, co, program unijny. Jest to m.in. kwestia finansowania związanych z unijnym programem antykryzysowym wydatków finansowych (do 1, 5 % PKB ze wszystkich krajów). Dla krajów słabych gospodarczo, takich jak Polska i większość „nowych” członków UE, wydatki związane z pobudzaniem popytu są nieefektywne, ponieważ sprzyjałyby głównie importowi, a nie pobudzaniu produkcji i hamowaniu bezrobocia krajowego. Podobną niechęć widać też w stosunku do zagranicznych banków, dla których pomoc finansowa, jak się na ogół sądzi, powinna pochodzić z krajów pochodzenia. To nie oznacza bynajmniej wzrostu egoizmu narodowego, ale przede wszystkim obawę związaną z przerzucaniem ciężaru kryzysu z krajów silniejszych na kraje słabsze. Jeśli takie obawy są uzasadnione, (co można wyprowadzić z rachunku korzyści i strat), to oznaczają one po prostu niedostateczną koordynację polityki przeciwdziałania kryzysowi.

Omawiane zjawiska podlegają obecnie silnemu wzmocnieniu wskutek nasilenia się niezadowolenia na „peryferiach” UE, a w szczególności w krajach Europy Wschodniej. Ostre demonstracje na Węgrzech, w Litwie, Estonii, Rumunii i ostatnio w Bułgarii są przez niektórych komentatorów zapowiedzią „wiosny niezadowolenia”. Kryzys uderzył te kraje w momencie, kiedy potrzebowały one głębokiej restrukturyzacji, ponieważ tzw. transformacja ustrojowa była zbyt powierzchowna i nie zapewniała efektywnych możliwości sprawowania rządów i ukształtowała jedynie fasady demokracji. Nie są to fakty nieznane w „starych” krajach UE, lecz raczej bagatelizowane, a czasem dostarczające niezdrową satysfakcję z rzekomej przewagi cywilizacyjnej.

Jeżeli coś się lekceważy, to z natury rzeczy nie dostrzega się konsekwencji. Zachód żyje w zakłamaniu. Narzucając krajom wschodnio- i środkowoeuropejskim Consensus Waszyngtoński mógł łatwo przewidzieć, że odciśnie się on mocno na gospodarkach tych krajów, naruszając najbardziej nawet żywotne warunki egzystencji, a także forsując własne reguły gry i tępiąc ich potencjał kulturalny. Tak jak wcześniej w odniesieniu do Ameryki Łacińskiej, tak po upadku komunizmu w odniesieniu do krajów Europy Środkowej i Wschodniej zastosowano politykę, która musiała dla wszystkich źle się skończyć. Consensus Waszyngtoński wywołał w tych krajach permanentny, trwający 20 lat kryzys ekonomiczny. W wersji propagandowej była to „pomoc” w osiągnięciu dobrobytu ekonomicznego, a w praktyce – przejmowanie aktywów finansowych i rzeczowych, rynków i instytucji publicznych. Skandaliczne (czasem wręcz kryminalne) akcje wielkich korporacji (wspieranych politycznie przez USA i niektóre kraje starej UE) uchodziły na sucho. „Zabezpieczenie” w formie spenetrowania rządów krajów słabszych oraz opanowania popularnych mediów miały okazać się wystarczające. Teraz nie są już wystarczające. USA, Niemcy i Francja na własne życzenie pożegnały się z sympatią postkomunistycznych społeczeństw. Żaden z tych krajów nie czynił nic, aby umożliwić usunięcie pozostałych po komunizmie patologii społecznych i gospodarczych. Przeciwnie, w wielu przypadkach budowały one własne wpływy budowały na skorumpowanym, niekiedy zdegenerowanym marginesie społecznym. To była polityka niszcząca gospodarkę (jak też kulturę i moralność), prowadząca do głębokiego kryzysu wielu krajów. Długo na to zamykano oczy i upiększano statystyki. Dotąd nie zostały wyciągnięte żadne wnioski. Nadal przechodzą takie „decyzje” unijne, jak np. skandaliczna likwidacja polskiego przemysłu stoczniowego o wielomiliardowej wartości materialnej, a jednocześnie – najwyższej klasy potencjału naukowo-technicznego. Czy wobec takiej praktyki kierownictwo UE może oczekiwać jeszcze uznania i szacunku społeczeństw krajów postkomunistycznych?
Nadal przyjmuje się za pewnik, że problemem krajów Europy Środkowej i Wschodniej jest „zarażenie” kryzysem światowym. Kryzys w tych krajach tli się od dawna, zaś spektakularne załamanie światowego systemu finansowego tylko zwiększyło jego temperaturę. Jakie były najważniejsze powody kryzysu?

Po pierwsze, przeprowadzone reformy ustrojowe; wyjątkowo źle, w oparciu o wątpliwe założenia teoretyczno-ekonomiczne, w oczywistej kolizji z interesem gospodarczym krajów, a ponadto w sposób niedemokratyczny. Dwadzieścia lat de facto deformacji ustrojowych, to podstawowy czynnik obecnego kryzysu. Niemal wszystkie instytucje publiczne, od ministerstwa finansów i banku centralnego poczynając, a kończąc na systemach emerytalnych, okazały się nieefektywne. Co gorsze, z tej nieefektywności sprokurowano potwierdzenie tezy o konieczności redukcji sektora publicznego, dokonując jego systematycznej dewastacji?

Po drugie, wbrew ideologicznym założeniom, systematycznie zwiększano rolę biurokracji rządowej, jako „promotora” przekształceń ustrojowych, a następnie agenta Unii Europejskiej. Faktyczną konkurencję rynkową zastąpiono grą wpływów najsilniejszych grup gospodarczych (głównie proweniencji mafijnej), dyspozycyjnością wobec wielkich korporacji oraz organizacji międzynarodowych, „liberalizacją” kontroli finansowej i patrzeniem przez palce na rozprzestrzenianie się korupcji.

Ogólnie biorąc, brak instytucjonalnych reform i ciągłe powoływanie się na zaciemniające rzeczywistość slogany liberalizmu gospodarczego przyczyniły się do niezdolności rządów do radzenia sobie w normalnych okolicznościach, a co dopiero – w dobie kryzysu światowego.

Unia Europejska musi zdecydowanie wesprzeć projekty uzdrawiające sytuacje w tych krajach, gdyż jest to właściwie jedyna droga do zachowania jedności wspólnoty europejskiej. Moment, w którym się znajdujemy jest momentem przełomowym, końcem etapu „postkomunizmu”.

Jak przezwyciężyć kryzys w skali Europy?
W tym miejscu nie jest możliwe omówienie specyfiki obecnego kryzysu i sformułowanie pełnej odpowiedzi na to pytanie. Jest to jednak pytanie, które w ostatnich tygodniach stawiają publicznie przywódcy unijni. Warto, więc zwrócić uwagę na ich odpowiedzi na to pytanie.

Przez długi czas, mniej więcej do listopada ub. roku, Barroso i Komisja Europejska nie doceniała tempa narastania i zasięgu kryzysu (nawet używanie słowa „recesja” było zakazane). Później zaznaczył się brak jakiejkolwiek skoordynowanej polityki, którą zastąpiło bezkrytyczne, lecz kosztowne powielanie założeń planu Paulsena.
W obliczu perspektywy masowych bankructw podjęte zostały rozliczne wysiłki, aby złagodzić klauzule zakazujące pomocy publicznej dla biznesu prywatnego. Taka reakcja musiała wyzwolić tendencje protekcjonistyczne i wzajemne zarzuty z tego tytułu. Niektórzy złośliwie zauważają, że wielu przywódców europejskich stało się „żarliwymi nacjonalistami”. Tendencje te są rzeczywiście niebezpieczne dla unii, ponieważ możliwości protekcjonizmu państwowego dla poszczególnych krajów są różne. A to oznacza pogłębienie się, i tak silnych, dysproporcji gospodarczych miedzy nimi. Problem dysproporcji został praktycznie zaniedbany już od początku lat 90-tych, a raczej przykryty suknem wiary w samoczynne wyrównywanie się różnic ekonomicznych, wiary opartej na tanim liberalizmie.

Przywódcy najsilniejszych państw europejskich skupiają siły w nieformalnych grupach (G7, G20), co jest poczytywane przez słabsze kraje za jaskrawe nadużycie. Ten błąd przywódców najsilniejszych krajów mocno zaważy w przyszłości na stosunkach wewnątrz Unii.

W odpowiedzi na zastrzeżenia mniejszych krajów, ze strony przywódców unijnych coraz częściej padają aroganckie obraźliwe sformułowania. Szczytem arogancji jest wypowiedź niemieckiego ministra finansów Woutera Bosa, iż kraje te „są naciągaczami, którzy nie robią niczego i zgarniają korzyści”.

Do tego dochodzą wydarzenia sygnalizujące niezadowolenie społeczne w Grecji, na Ukrainie oraz w Turcji. Stwierdzenie, że Unia Europejska ponosi zasadniczą cześć winy za trudności gospodarcze tych krajów, a szczególnie krajów postkomunistycznych jest bezapelacyjnie fałszywe. Ale UE nie potrafiła ustrzec się dwóch błędów. W procesie akcesyjnym górę wzięły koncepcje oparte na wymogu jednostronnej elastyczności, (czyli dyktacie) wymaganej od „nowych” krajów, powielające wzory Konsensusu Waszyngtońskiego. Szczególnie szkodliwe były idee „Europy dwóch prędkości”, które walnie przyczyniły się do erozji solidarności europejskiej.

Powrót do zasad
Nasza hipoteza jest następująca: kraje postkomunistyczne pierwsze weszły w długotrwały kryzys ekonomiczny. Mechanizm był podobny: to agresywne przejmowanie przez wielkie korporacje aktywów należących do sektora publicznego, rynków wolnej konkurencji, mediów, a także opanowanie rządów. Jednak nie do nas należy zweryfikowanie tej hipotezy: to problem krajów, które tolerowały taki stan rzeczy w odniesieniu do krajów postkomunistycznych, a obecnie boleją nad tym, że otworzyła się przed nimi podobna perspektywa. Postulaty UE, aby zwiększyć kontrolę nad światowym systemem finansowym (lub choćby tylko nad bankami) sprzyjają tej hipotezie, gdyż są próbą przeciwstawienia się agresywnym i oszukańczym praktykom wielkich korporacji finansowych. Świadczy to, że w Europie, (ale nie tylko) górę bierze świadomość, iż źródła kryzysu wymknęły się spod kontroli publicznej, zarówno w skali krajów jak też w skali międzynarodowej. Jest to jednak raczej skomlenie niż poważne potraktowanie istniejącego stanu rzeczy.

Aby pozostawić nieco optymizmu warto zaznaczyć, że Europa wytrzyma obecny kryzys, jak to wielokrotnie bywało na przestrzeni wieków. Ale Europa to nie Unia Europejska, z czego zdajemy sobie sprawę coraz wyraźniej.

Co może zapewnić pomyślną przyszłość Europy? Odpowiedź jest jasna: powrót do zasad. Chodzi o powrót do zasad, na gruncie, których ukształtowało się współczesne rozumienie problemów europejskich, w tym podstawowe deklaracje unijne. Dzisiaj zasady te są niejako zagłuszone przez presję interesów korporacyjnych, które za pośrednictwem rządów są często forsowane, jako interesy narodowe.

Nie chodzi, zatem wyłącznie o odzyskanie zaufania do idei integracji europejskiej. Ważniejsze jest, bowiem przezwyciężenie chaosu w poglądach i działaniach najwyższych gremiów unijnych. Kryzys wzmaga chaos, zaś trwałe zasady utrudniają jego rozprzestrzenianie się.

Zasady integracji europejskiej nadal są żywotne we wszystkich krajach obszaru UE. Zostały jednak zdeformowane i zinstrumentalizowane na rzecz korporacji. Należy bardziej respektować te zasady, w większym stopniu polegać na kulturze Europy, a w mniejszym stopniu na prawie. Zasady oznaczają także więcej miejsca dla etyki niż dla polityki. Tworzą przestrzeń życiową dla pozytywnego dialogu społecznego, zarówno w wymiarze krajowym jak i międzynarodowym.

Z archiwum EEM nr 2/2009 (2)
W cyklu: Unia Europejska w obliczu kryzysu światowego

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie