Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Rozkład i degradacja „elity światowej” (cz.2)

2016-06-16

Państwo narodowe pozostaje prawdziwym fundamentem szczęścia i harmonii.         Donald Trump

Dopiero analiza ewolucji wzajemnych stosunków między głównymi figurami „elity światowej” może rzucić światło na to, co się dzieje wewnątrz tej elity (zwłaszcza pod wpływem głębokiego kryzysu globalnego).

Jedną z okazji do rozpoznania zmian w relacjach między tymi figurami jest kampania poprzedzająca wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, która się właśnie toczy. Ujawnia ona zarówno obowiązujące główne partie polityczne „niepodważalne zasady”, jak też – co jest jeszcze ważniejsze – łamanie owych „niepodważalnych zasad”. Nie chodzi jednak tylko o zasady konstytucyjne, lecz również o zasady niepisane. Obydwie partie – demokratyczna i republikańska - promują interesy wielkich korporacji, co stanowi elementarny warunek sukcesu wyborczego. Dlatego aktywiści tych partii jednym tchem zastrzegają, że nie myślą o poddaniu Funduszu Rezerwy Federalnej państwowej kontroli, a tym bardziej o nacjonalizacji banku centralnego.

Z uderzających podobieństw polityki George’a Busha i polityki Baraka Obamy na szczególną uwagę zasługuje „wojna z terrorem”, stanowiąca ideologiczne uzasadnienie dla interwencji międzynarodowych. Ten aspekt „niepodważalnych zasad” wyraża inercyjne dążenie do hegemonii globalnej w jego najbardziej agresywnej wersji. Jednocześnie jednak w ramach amerykańskiej elity światowej podejmowane są próby przewartościowania tych dążeń.

W poprzedniej części naszej analizy sygnalizowaliśmy pękniecie „elity światowej” w Stanach Zjednoczonych, rzucając światło na sprzeczności występujące między jej dwoma odłamami: entuzjastami hegemonii globalnej Stanów Zjednoczonych oraz entuzjastami rządu światowego. Długotrwały kryzys globalny sprawił, że entuzjazm zdecydowanie opadł. Miejsce dążenia do hegemonii globalnej Stanów Zjednoczonych stopniowo wypełnia tradycyjny izolacjonizm, którego najbardziej wyrazistym zwolennikiem, lecz nie jedynym, jest Donald Trump. Już nie chodzi o amerykańską politykę opartą na przekonaniu o potędze, lecz o politykę odzyskania przez USA siły słabnącej pod ciężarem kryzysu globalnego.

Również dają się dostrzec zmiany na drugim biegunie politycznym, w którym ambicje były znacznie większe: panowania na światem. Do niedawna biegun ten tworzyły dwa konkurujące ze sobą nurty: neokonserwatywny oraz liberalno-internacjonalistyczny.

Od wydarzeń 9/11 neokonserwatyzm był najbardziej kontrowersyjnym i najbardziej wpływowym nurtem w polityce amerykańskiej. Neoliberałowie krążą między republikanami i demokratami, więc ich linia polityczna nie jest jasna. Z nurtem liberalno-internacjonalistycznym łączy go wspólna podstawa: internacjonalizm. Ale sztandarowe cechy internacjonalizmu w nurcie neokonserwatywnym - krzewienie demokracji i wolności w świecie - w obliczu kryzysu globalnego również straciły na znaczeniu, zaś agresywne działania na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie obnażyły czysto instrumentalne traktowanie tych wartości.

Pierwotnie zasadnicza różnica między nurtem neokonserwatywnym i internacjonalistycznymi liberałami sprowadzała się do dwóch zagadnień. Pierwszym była bezprzykładna agresywność nurtu neokonserwatywnego, przeciwstawna „pokojowemu” nastawieniu (w terminach walki o pokój światowy) internacjonalistycznych liberałów. John Ehreman traktuje tę agresywność jako poważną ułomność psychiczną, pisząc: „Jeśli neokonserwatystom można zarzucić jakieś wady, to jedną z nich byłaby nadmierna zapalczywość. Swych wrogów nierzadko postrzegali oni jako wcielenie zła, które trzeba zniszczyć, nie zaś jako przeciwników, z którymi należy dyskutować lub przekonać ich do swego punktu widzenia”. W istocie rzeczy ich konserwatyzm sprowadzał się do powierzchownego popierania tradycji , z silnym eksponowaniem liberalizmu ekonomicznego, skrajnie zaangażowanej postawy proizraelskiej i wspierania „jastrzębi”. Do tego doszły inklinacje sekciarskie.

Są to te same charakterystyki, które w Polsce znalazły uznanie w Prawie i Sprawiedliwości.

To właśnie te cechy nadały polityce i dyplomacji Stanów Zjednoczonych znamiona dyktatu, które są odczuwalne do dnia dzisiejszego i stanowią jeden z głównych czynników rosnącej niechęci wobec USA. Dyktatowi towarzyszyło fanatyczne zamiłowanie do gier wojennych, co spotykało się z krytyką ze strony drugiego nurtu hegemonii światowej, który forsował pokojowe środki ekspansji globalnej.

Obydwa nurty okazały się mało skuteczne. Po spektakularnych sukcesach militarnych Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie szybko rozwiały się neokonserwatywne iluzje o wprowadzeniu w świecie demokracji i wolności. Bardziej efektywny okazał się projekt pokojowy internacjonalistycznych liberałów, z dużym rozmachem wprowadzających w życie koncepcję „kolorowych rewolucji”. Jednak również w tym przypadku pojawiły się trudności. Coraz częściej bowiem „kolorowe rewolucje” nie przynosiły oczekiwanych zmian politycznych lub przeradzały się w zbrodnie wojenne. Toteż zdeterminowani w duchu permanentnej rewolucji Trockiego liberalni internacjonaliści nie mogli dalej odżegnywać się od korzystania ze środków agresji militarnej. Sytuacja między obydwoma nurtami została w naturalny sposób uporządkowana: najpierw należy sięgać po środki pokojowe, zaś w drugiej kolejności – po środki militarne. Było to cofnięcie zegara historii do 1999 roku; do czasu agresji na Serbię.

Rozważania te mogą wydawać się niepotrzebne. Należy więc przypomnieć, że podział między dwoma koncepcjami internacjonalistycznej hegemonii globalnej ma szerokie reperkusje. W wielu krajach europejskich proamerykańscy politycy organizowali powielające amerykański układ polityczny ugrupowania partyjne, licząc na protekcję i wsparcie Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony organizowały się partie i koalicje polityczne naśladujące nurt neokonserwatywny, z drugiej – nurt „internacjonalistycznego liberalizmu”. Oznaczało to zubożenie rodzimej myśli politycznej.

W Polsce mamy do czynienia z kopią nurtu neokonserwatywnego w postaci „Prawa i Sprawiedliwości”. Mamy także duplikat „internacjonalistycznego liberalizmu” w postaci środowiska Gazety Wyborczej i Platformy Obywatelskiej. Przywiązanie obydwu nurtów do układu politycznego w Stanach Zjednoczonych jest mocne nie tylko pod względem ideowym, formacyjnym i personalnym, lecz także pod kątem gwarancji interesów finansowych i gospodarczych „elity światowej”. Brak suwerenności politycznej przekłada się bowiem na brak suwerenności partii politycznych.

Zatrzymajmy się na chwilę nad tym problemem. Nurt neokonserwatywny w Stanach Zjednoczonych stracił na znaczeniu. W znacznej części został wchłonięty przez nurt internacjonalistycznego liberalizmu, który reprezentuje w toczącej się kampanii wyborczej Hillary Clinton. To sprawa poważna, gdyż oznacza dla Prawa i Sprawiedliwości utratę gruntu pod nogami. Amerykańscy izolacjoniści spod znaku Trumpa takiego spadku po neokonserwatystach zapewne nie zechcą przyjąć. Z drugiej strony, skompromitowane środowisko Gazety Wyborczej i Platformy Obywatelskiej nie stanowi dostatecznie silnego zaplecza dla prącego do ustanowienia rządu światowego odłamu „elity światowej” . Ów „polski dylemat” wskazuje, jak bardzo chwiejna jest sytuacja polityczna w Polsce. Toteż trudno zakładać, że w najbliższym czasie będzie ona stabilna. Wskazuje też, jak trudno będzie „elicie światowej” unormować sytuację w Polsce. To już jest widoczne i skłania „elity” do bardzo radykalnych posunięć wobec Polski w celu utrzymania dotychczasowych wpływów politycznych i ekonomicznych. Nie wiemy, co z tego wyniknie.

Degradacja i konsekwencje
Od 2012 roku zmiany zachodzące w amerykańskim odłamie „elity światowej” cechuje rozłam, który coraz ostrzej dzieli amerykańską scenę polityczną na zwolenników izolacjonizmu i zwolenników rządu światowego. W drugiej dekadzie obecnego wieku globalny kryzys ekonomiczny poważnie osłabił „twardy rdzeń” tej elity, czyli elitę finansową („alchemików”). Pamiętając, że 2/3 sieci globalnych jest kontrolowanych przez elitę finansową, mówimy nie tyle o spadku znaczenia, ile raczej o zapoczątkowanym procesie jej degradacji. Symptomy degradacji są dobrze widoczne. W 1997 roku Zbigniew Brzeziński mógł jeszcze optymistycznie wypowiadać się o promieniowaniu Stanów Zjednoczonych w czterech kierunkach, wymieniając dominację w sferze militarnej, ekonomicznej, innowacji i kultury, których połączenie czyni ze Stanów Zjednoczonych wszechstronne supermocarstwo globalne. Obecnie przeżywamy krach tej wizji świata, która coraz częściej jest uznawana za szkodliwą dla innych państw i gospodarek. Taka krytyka nie tylko nadwyręża pozycję Stanów Zjednoczonych, lecz ciąży na instytucjach międzynarodowych, takich jak MFW, Bank Światowy, Europejski Bank Centralny i w pewnym stopniu na Unii Europejskiej. Szczególnie zaś skupia się na „elicie światowej”.

Zjawiska, które osłabiają amerykański odłam „elity światowej” toczą się od dłuższego czasu. W okresie kadencji Baraka Obamy, i w tym bardziej w obecnej kampanii wyborczej, zjawiska te wychodzą na światło dzienne. Ich natura jest stosunkowo prosta. Różne grupy interesów poszukują sposobu uniezależnienia się od słabnącej elity finansowej, która może niebawem pociągnąć je w otchłań niebytu. Warto podkreślić, iż nie są to zjawiska spektakularne lub rewolucyjne.

Pierwszym takim zjawiskiem są starania uniezależnienia znacznej części rodzimego biznesu od wspomnianej elity. Chodzi o to, że biznes ten często jest trwale związany z kondycją i stabilnością ekonomiczną Stanów Zjednoczonych. Dlatego jest silnie zaniepokojony przedłużaniem się globalnego kryzysu ekonomicznego i ewentualnym upadkiem gospodarczym kraju. Ekonomistom tego nie trzeba tłumaczyć. Z pewnością rodzimy biznes amerykański boleśnie odczuwa konsekwencje kryzysu i niedostatecznej stabilności ekonomicznej. Ma także dobre rozeznanie w kwestiach gospodarczych, więc nie chodzi bynajmniej o nieskoordynowane odruchy obronne lub populizm. Trump jest sztandarową postacią tego biznesu, który stanowi w Stanach Zjednoczonych poważną siłę polityczną.

Drugim zjawiskiem jest rosnący sprzeciw amerykańskiej administracji federalnej (w tym wojska i służb specjalnych), polegający na obstrukcji projektów globalistycznych. Również w tym przypadku mamy do czynienia z dobrym rozeznaniem sytuacji, a nawet z nacechowanymi głęboką znajomością rzeczy, analizami strategicznymi. To sprawia, że coraz trudniej udaje się wykorzystywać amerykańską administrację do realizacji projektów globalistycznych; jest ona zdolna wywierać silne naciski na prezydenta, a także organizować akcje ostrzegawcze. W dalszej perspektywie przed administracją rysuje się szansa odzyskania wpływów finansowych, a w szczególności przejęcie kontroli nad bankiem centralnym, MFW i Bankiem Światowym.

Z analogicznym problemem borykają się również inne kraje, w tym Polska. Amerykański „zamach stanu” w wyżej sygnalizowanej wersji z pewnością spowodowałby reakcję łańcuchową.

I wreszcie, trzecim zjawiskiem jest wzrost geopolitycznego znaczenia zewnętrznych odłamów „elity światowej”, co należałoby omówić odrębnie.

Jednostronność naszych zainteresowań nie pozwala na ukazanie szerszego tła sygnalizowanych zagadnień. Z polskiego punktu widzenia najważniejsze wydaje się określenie konsekwencji dwóch ewentualności. Pierwszą z nich jest ewentualność pojawienia się ostrych konfliktów wewnętrznych w Stanach Zjednoczonych, których zapowiedzi można odczytać w relacjach z walki przedwyborczej. Drugą jest ewentualność wygranej Hilary Clinton, co byłoby zwycięstwem amerykańskiego odłamu elity finansowej i krokiem milowym w realizacji projektu rządu światowego.

Ewolucja „internacjonalistycznego liberalizmu”
Najważniejszą konsekwencją globalnego kryzysu światowego jest osłabienie dominacji Stanów Zjednoczonych, co bezpośrednio rzutuje na dotychczasowe dążenia do ustanowienia rządu światowego. Dzisiaj ścierają się dwie koncepcje strategiczne.

Pierwsza koncepcja strategiczna, bliższa wcześniejszym ideom i wyobrażeniom hegemonii globalnej, koncentruje się na zwiększeniu zapotrzebowania na nowy porządek światowy. W warstwie ideologicznej ożywiane są obawy przed katastrofą o zasięgu globalnym, zwłaszcza w postaci niszczących skutków III Wojny światowej, zanieczyszczenia środowiska i wyczerpania zasobów energetycznych, wojen religijnych, a także niepokoje związane z rozwojem i wykorzystaniem nowych technologii wojskowych. Repertuar katastroficzny jest ciągle uzupełniany. W warstwie politycznej dominuje „doktryna chaosu”, w myśl której destabilizowanie rządów i gospodarek narodowych umożliwia uzyskanie lub wzmocnienie kontroli nad nimi.

Natomiast druga koncepcja strategiczna, będąca wyrazem (zdaniem jej twórców) realizmu, jest rezultatem poszukiwania pokojowej „równowagi globalnej” między głównymi mocarstwami światowymi. Najważniejsze jest założenie, iż Stany Zjednoczone utraciły niepowtarzalną pozycję mocarstwa globalnego, lecz nadal mogą i powinny być akuszerem nowego porządku światowego. W istocie rzeczy jest to rezygnacja z dyktatu na rzecz podziału wpływów między głównymi „światowymi graczami”. Jest to zatem bardziej „pokojowe” nastawienie, a zarazem bardziej perspektywiczne, gdyż czyni (przynajmniej doraźnie) odstępstwo od wcześniejszej koncepcji rządu światowego „elity światowej” lub przewiduje rozszerzenie tej elity o przywódców Rosji i Chin.

Druga z sygnalizowanych koncepcji została ujawniona przez Zbigniewa Brzezińskiego w publikacji „Toward a Gobal Realignment”. Jej główną tezą jest stwierdzenie, iż Stany Zjednoczone są wciąż na świecie politycznie, ekonomicznie i militarnie najpotężniejszym podmiotem, ale biorąc pod uwagę złożone geopolityczne zmiany w układach regionalnych, to już nie jest globalna władza imperialna „Ale nie ma innej takiej potęgi” – pisze Brzeziński. Innymi słowy minimalizuje znaczenie upadku hegemonii globalnej Stanów Zjednoczonych.

Dla Rosji proponuje przekreślenie wizji imperialnej i na jej miejsce wprowadzenie rosyjskiego państwa narodowego, co oznacza ograniczenie narodowościowe i terytorialne, a także zniszczenie tradycyjnej państwowości.

Najgorzej jednak Brzeziński poczyna sobie z Europą, dla której w nowym porządku światowym nie tylko brakuje miejsca i która jest skazana na destabilizację (zwłaszcza Unia Europejska), lecz która jest obciążona zbrodniami kolonialnymi. Usiłuje dowieść, że zbrodnie te są porównywalne do zbrodni nazistowskich z okresu II Wojny Światowej (nota bene: zbrodnie nazistowskie tak samo łatwo zapisać na konto Europy). Wydaje się, że Brzeziński przypisuje Europie nie tylko rolę kozła ofiarnego, lecz także nowego „imperium zła”. Skanalizowanie odium niezadowolenia na Europie może być sposobem wybielania „elity światowej”. Cudze przewinienia historyczne zasłaniają własne winy współczesne.

Zaś z drugiej strony, według Brzezińskiego Europa jest potrzebna jako „przygotowana politycznie i kulturowo” do wsparcia amerykańskich interesów na Bliskim Wschodzie, a także jest niezbędna do „konstruktywnego rozwiązania kryzysu Rosja - Ukraina” w ramach NATO.

Wreszcie, Brzeziński przeprowadza oryginalny atak na amerykańskich izolacjonistów. Niemal twierdzi, iż bez aktywnych starań globalistycznych Stanów Zjednoczonych świat zamieni się w piekło. Na to są już interesujące reakcje, wedle których to Stany Zjednoczone są sprawcą dzisiejszego piekła na ziemi.

Wspomniane wyżej dwie koncepcje strategiczne raczej uzupełniają się wzajemnie, gdy chodzi o torowanie drogi do nowego rządu światowego w nadzwyczaj złożonych, kryzysowych okolicznościach. Jednak różnica jest znaczna. Druga koncepcja strategiczna oznacza bezpośrednie, nawet naznaczone pośpiechem i determinacją przejście do budowy nowego porządku światowego. Trafnie zauważają niektórzy komentatorzy tekstu Brzezińskiego, że Brzeziński ukazuje rozpaczliwe próby amerykańskiej elity, aby utrzymać hegemonię w świecie. Jest ona pełna klisz propagandowych, a w wielu przypadkach jego ocena sytuacji nie odpowiada rzeczywistości.

Z naszego punktu widzenia widać wiele „klisz propagandowych” związanych z problemami europejskimi, w tym z Polską. Brzeziński oględnie przyznaje, ze Europa znajduje się pod polityczną kontrolą Stanów Zjednoczonych i powinna być traktowana instrumentalnie, chociaż ubiera to w kwieciste słowa o udziale Europy w „konstruktywne rozwiązanie kryzysu Rosja – Ukraina”.

Rozpad amerykańskiej „elity światowej” i kryzys globalny

Zbyt często ulegamy sugestii, iż globalne koncepcje strategiczne są wyłącznie rezultatem spekulacji intelektualnych, ambicji, a także osobistych przekonań lub złudzeń. To powoduje, że związek między tymi koncepcjami i problemami globalnymi jest bagatelizowany lub niezrozumiały. Przeobrażenia zachodzące w obrębie amerykańskiego odłamu „elity światowej” nie są wytworem wyobraźni. Są przede wszystkim, mniej lub bardziej rozsądną reakcją na globalny kryzys ekonomiczny. Istota problemu polega na tym, że dotychczasowego systemu gospodarki światowej, w tym zwłaszcza międzynarodowego systemu finansowego nie da się dłużej utrzymać. Konflikty i tendencje rozłamowe wynikają z rywalizacji o to, kto sformuje i przeforsuje nowy system gospodarki światowej. W tej rywalizacji uczestniczy nie tylko „elita światowa”, lecz również elity narodowe wielu krajów.

Pozycja amerykańskiego odłamu „elity światowej” jest niezwykle trudna. Ograniczymy się tutaj do odnotowania zaledwie dwóch przyczyn trudności. Pierwszą jest nadchodzące załamanie opartego na dolarze międzynarodowego systemu finansowego. Oznacza ono, że kończy się rola dolara jako waluty światowej. Ponieważ emisja dolara jest najważniejszym przywilejem amerykańskiego odłamu „elity światowej”, jest to zapowiedź degradacji lub nawet upadku elity światowej. Oznacza ono również utratę kontroli nad międzynarodowym systemem finansowym w znacznej części kontrolowanym przez banki i międzynarodowe instytucje finansowe podległe amerykańskiej elicie finansowej. Drugą przyczyną trudności jest utrata uprzywilejowanej pozycji z tytułu dominacji, nadzwyczaj korzystnej dla amerykańskiej elity finansowej doktryny neoliberalnej, co stanowi zapowiedź demontażu instytucji i organizacji zbudowanych na założeniach tej doktryny. W tym przypadku nie chodzi wyłącznie o osłabienie znaczenia elity finansowej, lecz o pozbawienie jej geopolitycznych instrumentów kontroli państw i gospodarek.

Szanse pokonania trudności są ograniczone; możliwe są tylko dwie opcje.

Opcja radykalna polega na przyspieszeniu przemian światowego systemu gospodarczego w kierunku korzystnym dla amerykańskiej elity finansowej. Z większą siłą narzucić własny dyktat Stanom Zjednoczonym i pozostałym krajom; doprowadzić do osłabienia sił narodowych; wprowadzić zasady interwencjonizmu globalnego; utrzymać dyktat dolara. Przede wszystkim uniemożliwić sprzeciw ze strony rządów i narodów lub raczej zminimalizować ich znaczenie. Czyli obciążyć kosztami kryzysu wszystkich oprócz „elity światowej”.

Opcja umiarkowana polega na przejściowym uzgodnieniu interesów z najsilniejszymi rywalami. Stworzyć sieć „elitarnych porozumień”, która zakłada ścisłą współpracę o zasięgu globalnym, podział stref wpływów i obszarów walutowych. Zbudować nowy system na kilku silnych krajach, czyli obciążyć kosztami kryzysu pozostające poza siecią porozumień kraje peryferyjne.

W obydwu opcjach nie ma mowy o zasadniczej poprawie sytuacji gospodarczej w świecie. Jest mowa o utrzymaniu uprzywilejowanej pozycji „elity światowej”.

Obecnie jesteśmy świadkami dokonywania wyboru między tymi dwiema drogami wyjścia z trudności.

***

W świetle tych obserwacji inaczej wygląda kwestia obrony krajów Europy, w tym zwłaszcza Polski, przed zagrożeniami ze strony Rosji. Ze strategicznego punktu widzenia (sformułowanego przez Brzezińskiego) relokacja amerykańskich wojsk w Europie nie tyle jest posunięciem obronnym, ile raczej wymuszającym proponowane ograniczenia polityczne i terytorialne Rosji. Może też być traktowana jako pośrednie wsparcie dla kolejnych prób „kolorowych rewolucji” w Rosji. Szczególnie zastanawiające jest to, że Stany Zjednoczone kierują do Polski i krajów bałtyckich wojska lądowe, co oznacza, że mogą być one wykorzystane do tłumienia niezadowolenia społecznego i aspiracji niepodległościowych w tych krajach.

Proces destabilizacji Europy już się rozpoczął i coraz lepiej widoczne są kulisy tej destabilizacji. Dopóki destabilizacja ta przebiega w sposób kontrolowany, bez silnych tendencji do odzyskania suwerenności narodowej ze strony krajów takich jak Polska, projekt geopolityczny „elity światowej” wydaje się dostatecznie realistyczny. Jednak niekontrolowana destabilizacja Europy może być główną barierą dla urzeczywistnienia geopolitycznych projektów „ elity światowej”. A to jest jak najbardziej realne.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie