Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Z archiwum EEM: Historycy i ekonomiści

2013-04-01

Środowiska historyków i ekonomistów w Polsce, to środowiska totemiczne. Krążą wokół słupa antykomunizmu, ignorując niemal zupełnie białą plamę w zakresie historii gospodarczej kraju w ciągu minionych dwudziestu lat, obfitujących w długą serię niekorzystnych i niebezpiecznych dla kraju zjawisk.

Obraz sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej Polski jest nadzwyczaj niejasny i fragmentaryczny. Najgorzej świadczy to o rządzących, którzy w takich warunkach definiują siebie i podległe sobie instytucje jako bezwzględnie niekompetentne. Kompetencje wymagają zaplecza naukowego, które potrafi oświetlić sytuację. Takiego zaplecza rządzący w Polsce nie mają, zdając się całkowicie na sugestie zewnętrzne.

Nadal jednak funkcjonują środowiska naukowe przypisujące sobie znaczenie opiniotwórcze, a więc zobligowane do wyjaśnienia zjawisk i zdarzeń zachodzących w Polsce, a także do klarowania ogólnego obrazu sytuacji. Do tych środowisk należą przede wszystkim akademickie zbiorowości historyków i ekonomistów. Już na pierwszy rzut oka widać, że mają one, niestety, niewiele do zaoferowania, a jeszcze mniej przebija się z tego do opinii publicznej.

Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że zarówno środowiska historyków jak i ekonomistów są mocno atomizowane. Frontalne wystąpienia z ich strony zdarzają się rzadko i w dodatku niezbyt szczęśliwie (casus wystąpień przeciw lustracji środowisk naukowych). Ich autorytet zbiorowy maleje z roku na rok. Rząd i media nie liczą się z nimi.

„Ugodowcy”
Aby lepiej przyjrzeć się kulisom wystąpień środowisk historyków i ekonomistów trzeba jednak ustalić ich wspólny mianownik: w jednych i drugich odnowił się podział z czasów schyłku komunizmu na „ugodowców” i „dysydentów”.

Środowiska ugodowców cechuje przede wszystkim „milcząca aprobata” rządów i szerzej – oficjalnej wykładni przemian zachodzących w Polsce. Wielu ludzi sądzi, że jest to wyraz zbiorowego dystansu (milczenia) i zarazem indywidualnego koniunkturalizmu (współpracy). Taka ocena jeszcze nie dezawuuje nikogo, ale też nikomu zaszczytów nie przynosi. W rzeczywistości sprawa wygląda zdecydowanie gorzej. Historycy „ugodowi” mocno zaangażowali się w rozjaśnienie mroków komunizmu w Polsce, co jest oczywiście słuszne i potrzebne. Problem jednak polega na tym, że od upadku rządów komunistycznych minęło już ponad 20 lat. Co się działo w tych dwudziestu latach? Historycy ci, a jest ich zdecydowana większość, zafundowali społeczeństwu białą plamę. Trudno oczywiście poważnie traktować pojawiające się od czasu do czasu panegiryki czy kalendaria dwudziestolecia. Symbolem takiego manipulowania historią jest bastion współczesnych historyków, czyli IPN. Jest to ważna i cenna instytucja, ale obciążona grzechem pierworodnym: całkowitym zanikiem pamięci od 1 sierpnia 1990 do dnia dzisiejszego . Konsekwencje tego grzechu są niezwykle poważne. Pilnie potrzebny staje się IPN bis.

Po pierwsze, spycha on na margines zainteresowanie społeczeństwa okresem tzw. transformacji ustrojowej, mimo iż jest to okres obfitujący w szereg niewyjaśnionych, powikłanych oraz spornych wydarzeń politycznych i gospodarczych, mocno zakotwiczonych w kontekście międzynarodowym. Toteż faktycznie umożliwia fałszywą, apologetyczną interpretację „oficjalną” (a ściśle biorąc – rządowo-medialną) dwudziestolecia i przyczynia się do ukrywania olbrzymiej i nadal rosnącej patologii w życiu politycznym i gospodarczym.

Po drugie, umożliwia działanie wysoce szkodliwego, acz prymitywnego mechanizmu manipulacji politycznej. Mechanizm ten polega na zakreśleniu szerokiego i rozmytego obszaru kolaboracji z rządami komunistycznymi, co stwarza możliwość luźnego formułowania zarzutów i eliminowania z życia publicznego znacznej części populacji. Polega on także na sformułowaniu szerokiego spektrum „zjawiska nacjonalizmu polskiego”, obejmującego praktycznie wszystkie osoby stające w obronie interesu narodowego i godności Polaków. Czyli wedle zasady: nie kijem go, to pałką.

Wspomniany mechanizm obejmuje – po trzecie – stworzenie parasola ochronnego dla jednych i drugich, jeśli są mocno lojalni i posłuszni sprawującym władzę. Ten chorobliwy mechanizm jest centralnym elementem systemu władzy w dzisiejszej Polsce, skutecznie paraliżującym krytycyzm i aktywność społeczeństwa. Jeśli dodamy do tego liczne przypadku fałszywych oskarżeń, otrzymamy wytłumaczenie dlaczego obecna „polska demokracja” jest systemem negatywnej selekcji.

Zaś gdy idzie o ekonomistów „ugodowych”, uderzająco podobny brak zainteresowania minionym dwudziestoleciem ma nieco inne przyczyny. Główną z nich jest „uwiedzenie ich” przez abstrakcyjnie ujmowaną ekonomię neoliberalną (w duchu Miltona Friedmana czy Konsensusu Waszyngtońskiego). Przyjrzyjmy się temu bliżej. Nie chodzi jedynie o zbyt abstrakcyjne podejście do rzeczywistości gospodarczej i społecznej, lecz o podejście arbitralnie rozstrzygające istotne kwestie ekonomiczne bez najmniejszego związku z polska rzeczywistością. Chodzi więc o schematy rozumowania, w których jest miejsce dla ideologii i teorii liberalnych (dość niezręcznie narzucanej ogółowi), a nie ma miejsca dla analizy i oceny realnych zjawisk ekonomicznych. W konsekwencji ekonomię w Polsce cechuje epigonizm i wyjałowienie.

Szkodliwą konsekwencją takiego podejścia jest zdeformowanie edukacji ekonomicznej, która ogranicza zdolność analitycznego myślenia i oceny przemian gospodarczych zarówno w skali kraju jak też w skali globalnej. Ponieważ ekonomiści stanowią także trzon wykładowców w szkołach zarządzania lub biznesu, „kształcą” przyszłych menagerów bez uwzględnienia potrzeby znajomości realiów gospodarczych, której sami nie odczuwają i nie są w stanie zaszczepić studentom. To sprawia, że taka edukacja sprowadza się do opowiadania bajek. Nic dziwnego, że wypływająca z takiej dydaktyki naiwność i niewiedza absolwentów powoduje, że dość boleśnie zderzają się z brutalną rzeczywistością.

Na to nie ma usprawiedliwienia. Główny nurt ekonomistów jest szczególnie odpowiedzialny za upadek gospodarczy Polski.

„Dysydenci”
Ostatnie zdanie rzuca światło na naturę współczesnych dysydentów w naukach historycznych i ekonomicznych. W istocie rzeczy podział na ugodowców i dysydentów jest podyktowany przez cenzurę oddzielającą osoby i środowiska uchylające się od spojrzenia prawdzie w oczy i środowiska dociekające prawdy o minionym dwudziestoleciu. Zarówno historycy „dysydenccy” jak i ekonomiści „dysydenccy” są wtłoczeni w mechanizm eliminacji z życia publicznego, którego istnienie wcześniej sygnowaliśmy. Nie powinno nikogo zaskakiwać, że ich siła opiniotwórcza, a także wpływ na wspólnoty zawodowe jest dość słaby. Ale i one nie są bez grzechów.

Po pierwsze, historycy „decydenccy” zazwyczaj lekceważą znaczenie dorobku ekonomistów „dysydenckich” lub nadmiernie upraszczają wyrażane przez nich stanowisko. Prawda, że ten dorobek nie jest imponujący. Jednak zamieszanie jest wielkie. Bywa nawet, że historycy koncentrują się na wycinkowych zagadnieniach politycznych dwudziestolecia, w kwestiach ekonomicznych wspierając oficjalne stanowisko rządowo-medialne. Zaznacza się to szczególnie mocno w dwóch zasadniczych kwestiach: prywatyzacji oraz kryzysu gospodarczego. Uznając na przykład, że antypolonizm nie mieści się w ramach narzuconego Polsce z zewnątrz projektu „prywatyzacji”, czyli de facto politycznej strategii eksplorowania zasobów i osłabiania polskiego potencjału ekonomicznego, nie byli w stanie ustalić racjonalnych wyjaśnień owego „fenomenu”. Toteż antypolonizm był zarzutem adresowanym wyłącznie wobec wpływowych kręgów żydowskich i niemieckich, a nie wobec rządów Stanów Zjednoczonych, Izraela i Niemiec, które oskarżenia i roszczenia wobec Polaków autoryzują i oficjalnie wspierają. Takich przykładów można podać więcej, lecz nie o nie chodzi.

Z drugiej strony, ekonomiści „dysydenccy” (chyba bardziej otwarci na sygnały ostrzegawcze o pogarszaniu się sytuacji Polski w świecie), nie potrafili dotąd wypracować lub wydobyć z dorobku polskiej myśli ekonomicznej teoretycznych podstaw krytyki obecnej rzeczywistości gospodarczej, wskutek czego ich oceny mają słabe, a ściślej biorąc rozkojarzone podstawy naukowe. Często bywa i tak, że są to podstawy identyczne, jak w przypadku ekonomistów „ugodowych”, a różnice sprowadzają się do wyrażenia różnego poziomu satysfakcji z dwudziestoletnich przemian ustrojowych i gospodarczych. To oczywiście nie ułatwia zrozumienia ich wypowiedzi i opinii w przyjaznym im środowisku historyków.

A więc nie powinno nikogo dziwić, że tej sytuacji nie istnieje cos takiego jak historia gospodarcza Polski 1989-2009. Opracowanie tej historii, choćby tylko w ogólnym zarysie przez „ugodowców” jest nie tylko niemożliwe, ale byłoby zapewne ostrą formą jego ekspiacji. To jest strefa zaangażowania historyków i ekonomistów „dysydenckich”, i to bynajmniej nie drugorzędna. Sprowadzanie siebie, publiczności, a nawet oponentów na drogę prawdy wymaga liczenia się z rzeczywistością historyczną, a więc także pogłębionej wiedzy o rzeczywistości. Konieczne wysiłki, aby wspólnie opracować dojrzały metodologicznie oraz wszechstronny i przenikliwy wykład najnowszej historii gospodarczej Polski może się okazać sprawą kluczową dla przezwyciężenia pasywizmu i patologii.

Warto temu poświęcić więcej myśli i pracy.

EEM nr 6/2009

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

A.S.

Logowanie