Biuletyn jest wydawany tylko w formie elektronicznej.
Na niniejszej stronie dostępne są wyłącznie jego zdekodowane fragmenty.
Całość opracowana jest w formacie PDF, który ułatwia
pobieranie zamieszczonych w nim tekstów.

Przegląd prasy

Komunikaty, ogłoszenia

Pułapka zadłużenia (1)

2012-11-30

Długi - publiczny i prywatny - w Polsce osiągnęły skrajnie niebezpieczne poziomy. Jednak wygląda na to, że wielu polityków i ekonomistów nie widzi niebezpieczeństwa albo udaje, że nie wie, o co chodzi.

Pod koniec 2012 roku dług publiczny Polski osiągnął poziom ponad 840 miliardów złotych, czyli niemal trzykrotną wysokość rocznych wpływów podatkowych RP. To oznacza, że w celu spłaty tego długu z dochodów budżetowych rząd musiałby co najmniej na taki okres całkowicie zastopować wydatki publiczne. Co najmniej, bowiem dochodzi jeszcze spłata rosnących odsetek. To jest ewidentnie nierealne.

Fakt ten oznacza de facto bankructwo finansowego Polski. Wszyscy zainteresowani nie chcą o tym słyszeć. Nie chcą o tym słyszeć zarówno ci, którzy są zainteresowani dalszą kumulacją zadłużenia publicznego, jak również ci, którzy spoglądają na to zjawisko z przerażeniem.

Pojawia się pytanie, czy kolosalne zadłużenie Polski jest wynikiem specyficznych okoliczności, czy rezultatem celowej polityki. Wiele wskazuje na to, że prawdziwy jest wariant drugi.

Teoretyczne zawirowania
Elementarną powinnością ekonomistów jest rzetelne wyjaśnienie, jakie ma w obecnej sytuacji znaczenie tak wysokie zadłużenie publiczne i jakie są jego konsekwencje ekonomiczne, społeczne i polityczne. Chociaż nie oznacza ono jeszcze, że poglądy ekonomiczne przysłużą się likwidacji patologii wysokiego zadłużenia (tak, to jest patologia gospodarcza), jest to konieczne. Przynajmniej zdziera ono zasłonę dymną z praktyki politycznej, która doprowadziła do takiej patologii.

Tymczasem od wielu miesięcy forsowane są poglądy ekonomiczne, jakoby dług publiczny nie stanowił problemu. Bagatelizowanie problemu zadłużenia ma miejsce nie tylko w szeregach koalicji rządowej, ale również w obrębie opozycji politycznej. W praktyce oznacza ono ogólną zgodę na dalsze zadłużanie Polski oraz blokowanie wszelkich ewentualnych kontrakcji.

Jednak musi być jasne, że zadłużanie kraju nie może w nieskończoność rosnąć. Musi to być jasne z matematyczną pewnością. Zadłużenie jest procesem pogarszania się kondycji gospodarczej społeczeństwa i pogłębianiem się zależności ekonomicznej Polski od zagranicznych ośrodków finansowych i politycznych. Te dwa czynniki tworzą sytuację skrajnie niebezpieczną.

Fałszywe „koncepcje” ekonomiczne
Wreszcie trzeba wyjaśnić główne nieporozumienia.

Pierwsze nieporozumienie dotyczy stosowania „keynesowskiej” polityki ożywienia gospodarczego , którą można dostrzec w szeregu karmiących się złudzeniami wypowiedziach ekonomistów. Jej najistotniejszą cechą jest postulat ożywienia gospodarczego za pomocą deficytu budżetowego.

Przed oceną celowości i skuteczności takiej polityki należy uwzględnić zastrzeżenie Keynesa, iż nie jest ona uniwersalna, lecz dotyczy szczególnych warunków: ostrej depresji ekonomicznej o charakterze deflacyjnym. Mamy zatem pierwszy element kontrowersji: czy obecne warunki gospodarcze w Polsce można charakteryzować jako znamionujące deflacyjną depresję tj. stagflację? Deflacja, czyli ostry spadek cen nie jest zjawiskiem, które występuje obecnie w Polsce (chociaż może się jeszcze pojawić). Natomiast depresja ekonomiczna w Polsce jest dobrze widoczna i zarazem długotrwała.

Tutaj dochodzimy do kolejnej kontrowersji. Pogląd, że ostatnie dwa dziesięciolecia w Polsce cechuje depresja jest marginalizowany za pomocą propagandy sukcesu. W ramach tej uporczywie praktykowanej propagandy i dzięki wsparciu przez wątpliwej jakości „dane statystyczne” zjawisko depresji jest nieustannie marginalizowane. Tutaj również musi być jasne, że marginalizowanie zjawiska długotrwałej depresji nie może działać w nieskończoność. Prawdopodobnie teraz dochodzi do przełomu. Skutki uznania, iż cały okres postkomunistyczny należy „spisać na straty” (taki jest bowiem ogólny wydźwięk długotrwałej depresji) mogą być nadzwyczaj silne. Nie może więc dziwić, że wielu polityków i ekonomistów także w tej sprawie nie chce przyjąć do wiadomości oczywistych faktów albo udaje, że nie wie, o co chodzi.

Popularną od kilku lat formułą polemiki z twierdzeniami wskazującymi na występowanie długotrwałej depresji w sferze gospodarczej jest zaprzeczanie lub bagatelizowanie kryzysu ekonomicznego w Polsce. Depresja ekonomiczna jest „złagodzonym” synonimem kryzysu ekonomicznego, czyli w gruncie rzeczy oznacza to samo.

Lista niekonsekwencji, w jakie uwikłali się zwolennicy twierdzenia, jakoby „Polskę kryzys omija” jest zbyt obszerna, aby ją tutaj przytaczać. Przede wszystkim zastanawia następująca sprzeczność: skoro rzekomo nie ma kryzysu ekonomicznego (czyli depresji), to dlaczego co podnosi się problem ożywienia gospodarczego? A przecież zarówno w programach rządowych, jak i opozycyjnych wobec rządu, postulat ożywienia gospodarczego jest główną atrakcją polityczną. Jeśli gospodarka jest „w najlepszym porządku”, niczego pobudzać nie potrzeba, a tym bardziej nie należy uderzać w nutki keynesowskie. Jeśli natomiast uznajemy (choćby niechętnie), że kryzysy ekonomiczny w Polsce jest oczywistym faktem, to powinniśmy przede wszystkim gruntownie poznać, jakie procesy czy mechanizmy ów kryzys spowodowały.

Brak zrozumienia kryzysu ekonomicznego w Polsce przekreśla sens podobnych postulatów „ożywienia” czy „naprawy” gospodarki narodowej.

Kryzys ekonomiczny w Polsce
Interesującym fenomenem anemicznych dyskusji ekonomicznych w Polsce jest fakt, że większość znanych polityków i ekonomistów nie usiłuje nawet wyjaśnić, czym jest kryzys ekonomiczny. Nie mówią o tym, chociaż starają się sprawiać wrażenie, że pojęcie kryzysu mają schowane z tylu czaszki. Tymczasem z uważnej analizy wypowiedzi wynika, że nie starają się dociec, o czym mówią z wielką pewnością siebie. Świadczy o tym chociażby fakt, że chętnie utożsamiają kryzys ekonomiczny z pogorszeniem się (w sobie tylko znanej skali) tempa wzrostu PKB.

Wróćmy jednak do fascynacji keynesowskich. Z ekonomistami sięgającymi po inspiracje do prac Keynesa są bowiem dwa problemy.

Pierwszy problem polega na tym, że rozumowanie Kenesa jest rozumowaniem krótkookresowym. Od Keynesa pochodzi trywialne wyjaśnienie, iż „w długim okresie wszyscy umrzemy” (zazwyczaj umieramy jednak w krótkim okresie!). Zastosowanie keynesowskiej polityki pobudzania popytu do warunków długotrwałej depresji (ponad dwudziestoletniej), czyli do długiego okresu jest przejawem aberracji myślenia.

Drugi problem dotyczy bezpośrednio problemu zadłużenia publicznego i jest tutaj najważniejszy. Otóż zadłużenie publiczne w Polsce narastało również w długim okresie, a więc finansowane z długu wydatki publiczne musiały, tak czy inaczej, oddziaływać na procesy ogólno-gospodarcze. Jeśli wydatki te pobudzały popyt konsumpcyjny, to dlaczego nie przekładało się to na ożywienie gospodarcze, lecz wiązało z długotrwałą depresją?

Zadanie tego pytania stwarza tak kłopotliwą sytuację, że może najlepiej udawać, że długotrwałej depresji ekonomicznej wcale nie było. Tak się to załatwia, bo w gruncie rzeczy sytuacja jest bez wyjścia. Pobudzanie popytu za pomocą wydatków publicznych nic nie dało (poza kolosalnym zadłużeniem publicznym), a nawet zapowiada dalszą reprodukcję depresji. Dodajmy do tego, że nie jest to wyłącznie problem Polski, bowiem polityka pobudzania popytu w celu ożywienia gospodarczego od przełomu wieków usilnie praktykowana w Stanach Zjednoczonych i niektórych krajach Zachodu okazała się bezskuteczna. To z pewnością nie ułatwia wyjścia z kłopotliwej sytuacji; nie ma możliwości sięgnięcia do sprawdzonych wzorców anglosaskich czy brukselskich.

Skoro keynesowska polityka pobudzania popytu dzięki wydatkom finansowanym z długu publicznego nie ma racji bytu, to wypada zatrzymać się nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Tak więc albo silniejsze od pobudzania ożywienia gospodarczego okazały się tajemnicze czynniki przeciwstawne, albo skuteczność pobudzania z jakichś tajemniczych przyczyn okazała się znikoma, albo jedno i drugie. Ten trzeci wariant jest najbardziej prawdopodobny.

Ciąg dalszy w następnym numerze EEM.

(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Logowanie