„Odnowa badań i nauczania w dziedzinie finansów, ekonomii i zarządzania, aby lepiej służyć wspólnemu dobru" - apel przygotowany w marcu bieżącego roku przez 19 ekonomistów akademickich (głównie szwajcarskich, lecz także francuskich, niemieckich i hiszpańskich) patrz: Biuletyn EEM nr 4/2011 (19).
Trzy lata kryzysu ekonomicznego wskazały, że dotychczasowe działania stabilizujące mają w dalszym ciągu bardziej charakter przypadkowych sekwencji, aniżeli poważnego „pakietu stabilizacyjnego” czy „dyscypliny fiskalnej”. Brakuje im oparcia w ekonomii.
Fakt podejmowania takich działań może wynikać z błędnego przeświadczenia, że obecny kryzys jest kryzysem jedynie finansowym, zaś sposobem jego przezwyciężenia są kosztowne krajowe i międzynarodowe programy walki z kryzysem finansowym. Warto zauważyć, że z metodologicznego punktu widzenia jest to przejaw redukcjonizmu (sprowadzający nauki społeczno-ekonomiczne do zagadnień finansowych), który inne aspekty kryzysu ekonomicznego (prawdopodobnie ważniejsze) odrzuca jako nieistotne.
Skutek: zaczynają się mnożyć błędne opinie i interpretacje. Według wielu głosów, kryzys sprowadzał się do nadużyć finansowych wielkich banków, według innych – do następstw wprowadzenia do obrotu finansowego instrumentów pochodnych, do nadmiernej koncentracji kapitału itp. Brak jednoznacznej oceny wynika z faktu, że przyczyny generujące kryzys są bardzo zróżnicowane, a jak do tej pory nie zrobiono wystarczająco wiele, żeby je poznać i udokumentować. Wypowiedzi na temat kryzysu pochodzą najczęściej z niewłaściwych źródeł, a ściślej biorąc od osób nie znających się na rzeczy: polityków, finansistów, dziennikarzy, tzw. „ekspertów”. Problem polega na tym, że ze zjawiskiem kryzysu światowego stykają się oni po raz pierwszy i naprędce usiłują opanować sytuację. W kilku przypadkach pojawiają się niepewne głosy „nawróconych” main streamowych ekonomistów. To jest marginalizacja nauk ekonomicznych.
Jednym ze skutków tej sytuacji jest rozpowszechnianie się naprędce konstruowanej wiedzy ekonomicznej, opartej w dużej mierze na nieaktualnych już przesłankach metodologicznych, nie zaś metodologii organizującej wiedzę odnoszącą się bezpośrednio do rzeczywistych problemów społeczno-ekonomicznych. Tak rozumiana „finansjalizacja” gospodarki wystąpiła w takiej skali, że większość działań naprawczych zostało zorientowanych na ratowanie systemu finansowego, bez szerszego wglądu w procesy gospodarcze i socjoekonomiczne. Sprzyja temu wielki wpływ mediów koncentrujący uwagę na problematyce pomocy instytucjom finansowym, co może wskazywać na niedostrzeganie przez media aktywnej roli tych instytucji w kreowaniu kryzysu.
Media main streamowe stały się potężnym generatorem chaosu, utrudniającym zrozumienie zachodzących w świecie zmian. Jeśli do tego dodamy, że pewna część emitowanych przez te media wiadomości jest sporządzana tendencyjnie (nierzadko na zamówienie polityczne) otrzymujemy problem, którego nie należy pomijać w analizie kryzysu.
Z drugiej strony, prowadzone przez rządy i instytucje finansowe działania antykryzysowe przypominają to, co jest znanym błędem w zarządzaniu kryzysem firmy: uzdrawianie ich za pomocą zaciągania nowych zobowiązań, rolowania kredytu, sprzedaży części majątku i renegocjacji swoich wierzytelności. W przypadku gospodarki narodowej takie działania mają charakter likwidowania objawów i są dlatego błędne, że nie zdiagnozowano jeszcze przyczyny tych objawów lub diagnozę sformułowano w sposób niedostateczny. W dalszym ciągu – tak jak w przypadku instytucji finansowych USA i Europy – ratuje się system finansowy bez uwzględnienia konsekwencji kryzysu w sferze realnej gospodarki. Niemal cały wysiłek „walki z kryzysem” został przesterowany na wspomaganie zagrożonych bankructwem banków. Ignorując fakt, że przyczyną kryzysu była niewypłacalność kredytobiorców (przy jednoczesnym pomijaniu zdolności kredytowej na etapie diagnostycznym, czyli w momencie udzielania kredytów), „zapomina się”, że kryzys dotyka najpierw dłużników, a więc producentów i konsumentów, a dopiero później przechodzi do fazy uderzenia w instytucje finansowe. W podobnym kontekście można rozważać też nadmierne zadłużenie sektora publicznego, gdzie koncentrując uwagę na ratowaniu instytucji finansujących dług publiczny, niejako zapomina się o procesach gospodarczych generujących ten dług. Co ciekawe, z teoretycznego punktu widzenia koszty naprawiania systemu finansowego próbuje się nacjonalizować, co oznacza po prostu przełożenie ich na społeczeństwo.
W różnych krajach spotyka się różne reakcje na kryzys. Niektórzy, ekonomiści szacują prawdopodobieństwo spadku gospodarczego (bądź recesji) w Polsce jako zerowe, zaś tempo wzrostu gospodarczego szacują w dalszym ciągu na wysokie, początkowo na ok. 4%: dopiero po wyborach parlamentarnych obniżono „ prognozy” do 2,5 %. Jednocześnie podkreśla się niską dźwignię finansową i zamknięcie gospodarki, które mogą powodować zwiększoną odporność na kryzys polskiej gospodarki.
Uważam, że jest to optymizm mający po części charakter psychologicznego mechanizmu obronnego w obliczu sytuacji kryzysowej - być może istotnie zagrożenia sektora finansowego są znacznie mniejsze aniżeli w innych krajach Europy - niemniej jednak jest to głównie wynik przeniesienia większości ryzyk na konsumentów i producentów.
Wydarzenia z Londynu, Barcelony, Rzymu czy Berlina zostały skomentowane jako skutek silnych cięć budżetowych w sferze socjalnej oraz konsekwencja ignorowania interesów najuboższych warstw społecznych, ale także jako wyraz rozluźnienia norm moralnych. Spory dotyczące oceny przesłanek wystąpienia tego typu zjawisk społecznych nie prowadzą do jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: czy jest to tylko splot okoliczności, nadzwyczajny przypadek, który pojawił się na tle szerokiej fali protestów i zmian społeczno-ekonomicznych zachodzących na świecie (mam tutaj na myśli między innymi Arabską Wiosnę), czy też jest wynikiem pogarszającej się sytuacji ekonomicznej w skali globalnej.
Mam wrażenie, że wobec tych zjawisk ekonomia nie może być nadal obojętna. W myśl ortodoksyjnej ekonomii dominującej w wielu ośrodkach akademickich (w rozumieniu Marka Blauga) opisywane zjawiska są jedynie politycznym „błędem systemu”.
Chciałbym wyraźnie zaznaczyć prezentowane wyżej stanowisko i je podsumować: problem kryzysu jest obecnie najważniejszym problemem o charakterze globalnym, krajowym, a także grupowym i osobistym wielu milionów ldzi. Zredukowanie tego problemu do pozbawionych wiarygodności opinii i sugestii, jakoby chodziło o „wąski” kryzys finansowy kryje istotny błąd metodologiczny. Błąd ten polega na tym, że kryzys finansowy uznaje się za kryzys sektora finansowego, gdy w rzeczywistości jest tylko jednym i to wtórnym aspektem kryzysu społeczno-gospodarczego. Ukazuje on po prostu wymierne (w kategoriach pieniężnych) rezultaty zakłóceń i dysproporcji gospodarczych o szerokim zakresie. Głównym problemem obecnego kryzysu jest fakt jego oddziaływania na spadek wartości różnych aktywów (nie tylko finansowych), łącznie ze spadkiem wartości dóbr rzeczowych i destrukcją norm etycznych.
W wielu rejonach świata sytuacja wygląda obecnie podobnie: rosnące koszty utrzymania, zwiększające się bezrobocie (zwłaszcza wśród młodzieży kończącej edukację), obniżanie poziomu dochodów i brak klarownych perspektyw na przyszłość powodują obawy znacznej części społeczeństwa. Protesty w Izraelu wskazały na zjawisko powodujące jeden z największych problemów ekonomicznych obecnych czasów: problem monopolizacji rynku nieruchomości i braku odpowiedzialności rządów, mediów i instytucji finansowych w związku z promowaniem neoliberalnego podejścia do tego obszaru aktywności ludzkiej.
W Polsce zagadnienia te są notorycznie lekceważone. O ile wszelkie informacje dotyczące rynków kapitałowych są pod ścisłym nadzorem instytucji nadzorczych (działających w celu niedopuszczenia do błędnego informowania inwestorów oraz usiłujących zredukować asymetrię informacji i moral hazard na rynku kapitałowym), o tyle na rynku nieruchomości nie wytworzono praktycznie żadnych instrumentów regulacji i nadzoru. Co więcej, ścisłe współdziałanie instytucji finansowych, ubezpieczycieli, deweloperów i mediów doprowadziło nie tylko do zmonopolizowania rynku w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ale też do powstania jeszcze większej dychotomii pomiędzy sektorem finansowym i realnym. Efektem tego były silne wzrosty cen nieruchomości wynikające z zaniechania polityki mieszkaniowej przez rządy (zgodnie z neoliberalną zasadą, że rynek rozwiąże ten problem), silnego promowania rynku nieruchomości w mediach (asymetria informacji) i ubezpieczaniu się instytucji finansowych od ryzyka kredytowego (co okazało się w wielu przypadkach niewystarczające – ale od czego są w końcu rządy?). Warto podkreślić, że średnie wynagrodzenie w Izraelu wynosi ok. 2.500 $, przy cenie wynajmu trzypokojowego mieszkania w Tel-Avivie na poziomie 1.500 $.
Identyczna sytuacja występuje w Polsce, gdzie przy średnim wynagrodzeniu na poziomie 1.000 $ wynajem trzypokojowego mieszkania w Warszawie wynosi ok. 800 $. Jeżeli spojrzymy na ceny nieruchomości jako aktywa finansowe, to sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Trudno ignorować fakt istnienia kilkudziesięcioprocentowych marży deweloperskich, a w przypadku niektórych rynków także pozyskiwanie źródeł finansowania za pomocą papierów zastawnych, co de facto przeniosło ryzyko finansowe na osoby je nabywające nieruchomości.
Protesty studentów w wielu krajach europejskich wskazują na jeszcze jedno wyzwanie stojące przed naukami społecznymi. Edukacja stała się w wielu miejscach bardziej biznesem niż kreowaniem postaw i umiejętności. Tworzy się programy edukacyjne na poziomie szkolnictwa wyższego (w szczególności nauk ekonomicznych, zarządzania i finansów), gdzie hołduje się rzekomym korzyściom, jakie system ekonomiczny może odnosić z finansjalizacji działalności gospodarczej i społecznej. Forsując edukację wyłącznie na użytek „kompetencji zawodowych”, promującą wykształcenie w duchu marksistowskiego pojęcia siły roboczej neguje się postulat integralnego rozwoju człowieka, który może być przekuty na przedsiębiorczość i wzrost gospodarczy.
Zamiast dawać ryby, chce się dawać wędkę i nauczać, jak z niej korzystać. Zapomina się przy tym, że ważniejsza jest inna kwestia: sukces przyszłego „wędkarza” zależy nie tylko od umiejętności posługiwania się wędką, ale także od dwóch innych rzeczy: po pierwsze - zapewnienia mu dostępu do rzeki i po drugie – co jest nie mniej ważne – od tego, czy w tej rzece są ryby. W obecnej sytuacji można obawiać się, że wszystkie większe łowiska są ogrodzone płotami z napisem „privat”, a te dostępne publicznie są już mocno przełowione.
Środowiska akademickie nie mogą ograniczać się do popularnych sloganów. Muszą próbować podejmować debatę o epistemologicznych, etycznych i antropologicznych założeniach nauk społecznych.
Dzisiaj ważne okazuje się (chociaż nie tylko to) rozróżnienie między opiniami na temat gospodarki wynikającymi z akceptacji ortodoksyjnej ekonomii i wynikającymi z doświadczenia historycznego. Krytykując ją za nadmierny formalizm (matematyczny) i utratę szerszego kontekstu społecznego i filozoficznego, coraz częściej zdajemy sobie sprawę z konsekwencji odrzucenia nadrzędności systemu wartości społecznych i moralnych nad efektywnością ekonomiczną. Być może nie chodzi jedynie o ich uwzględnianie, ale właśnie o ich nadrzędność?
Są to osobiste refleksje metodologiczne. Mam nadzieję, że wkrótce dotrze do polskich środowisk ekonomicznych apel dziewiętnastu ekonomistów akademickich z krajów europejskich „Odnowa badań i nauczania w dziedzinie finansów, ekonomii i zarządzania, aby lepiej służyć wspólnemu dobru" (patrz: Biuletyn EEM nr 4/2011 (19) - dotyczący głównie potrzeby stworzenia mocnych podstaw metodologicznych dla nauk ekonomicznych. Wiele wskazuje na to, że może on stać się podstawą do stworzenia spójnej koncepcji ekonomicznej uniemożliwiającej „schowanie za kurtyną” kilku niewygodnych rozdziałów makroekonomii.
(zaloguj się aby pobrać plik w formacie pdf)